And I want you to know that

I still love you

Login:
Hasło:
Zarejestruj się!

Wpisy obserwowanych

Ciepłe promienie sierpniowego słońca łagodnie oświetlały moje policzki,zachęcając mnie do wybudzenia się ze stanu jakim jest sen i przywitania całego świata. Uchyliłam lekko powieki ukazując swoje głębokie czekoladowe oczy. Wstałam powoli nucąc piosenkę,tylko znaną sobie i ruszyłam do łazienki z zamiarem uporania się z poranną toaletą. Spojrzałam na swoje odbicie w lustrze i dostrzegłam pełną życia dziewczynę o czarnych włosach sięgajacych do ramion. Kończyłam dzisiaj swoje 16-ste urodziny. Ubrałam się pośpiesznie i jak najszybciej zbiegłam na dół białego domu do salonu,gdzie siedzieli rodzice. Niestety pech chciał,abym zahaczyła się o brzeg stopnia,który miał mnie przewrócić. Jednak ja zrobiłam w powietrzu salto i bezszeleśnie wylądowałam na sanym dole schodów. Moja mama widząc zaistniała sytuację cichutko szepnęła coś do ucha taty
- Coraz bardziej przeważają u niej twoje cechy to niedobrze musimy jej dziś powiedzieć ...
Po czym odeszła od taty i przywitała mnie idącą w moją stronę :
- Słoneczko już wstałaś jako solenizantka powinnaś dłużej pospać. Wszystkiego najlepszego -po czym matka cmoknęła mnie w policzek .
-Dzięki, ale to nie jest powód do życzeń staje się coraz starsza już niedługo nie będzie mi wypada robi tego ... - powiedziałam po czym rzuciłam się na niespodziewającego niczego ojca. Po chwili w całym domu było słychach donośny śmiech.
-Córciu na to nigdy nie będziesz za stara - powiedział z uśmiechem lekko zaczerwieniony od śmiechu.
-Dobrze w takim razie czas, abyście powiedzieli co tak chcieliście - powiedziałam przy tym szeroko się uśmiechając ukazując rządek równych zębów. Po tych słowach rodzicom nagle zrzędy miny, a mamie oczy zaczęły napełnia się łzami, ale nie pozwoliła im opuści oczu. Stałam niewiedząc o co chodzi. Pytałam ich ale nie otrzymałam jednak odpowiedzi,dopiero po chwili odezwał się tata pokazując,abym najpierw usiadła. Kiedy to zrobiłam,rodzice usiedli obok mnie lekko mnie przytulając.
-Twoje 16-nasze urodziny to wielkie szczęście dla ciebie jak i zarówno nieszczęście dla nas - powiedział lekko zachrypniętym głosem ojciec.
-Nieważne co ci powiem mam skrytą nadzieje, że nie znienawidzisz nas za to, że nie powiedzieliśmy ci wcześniej niestety taka jest zasada
-Nigdy nie mogłabym was znienawidziec - odpowiedziałam.
-Mamy taką nadzieje - tym razem odezwała się matka.
- Wiec każdy taki jak ty w swoje 16-nasze urodziny dowiaduje się o swojej przyszłości, pochodzeniu, nowej szkole - tu przerwała i poprosiła, aby kontynuował jej mąż
-Nie jesteś taka jaka sadzisz. Jesteś niezwykła , jesteś nieśmiertelna wiesz o co mi chodzi? - odchrząknęłam i chciałam się zaśmiać ale ojciec widząc wyraz mojej twarzy od razu powiedział
-Jeśli myślisz że to żart to wcale tak nie jest zapewne czytałaś o wampirach to nie fikcja jesteś jedną z nich z nas -powiedział pokazując na siebie i kobietę obok.
-To właśnie dlatego masz tak niezwykłe umiejętności jesteś niesamowicie szybka i zwinna a twoje oczy czasami robią się czerwone jak ogień w dzień swoich 16-naszych urodzin każdy się o tym dowiaduje przykro mi-ostatnie słowa wypowiedział już szeptem. Nawet nie zauważył jak z oczu jego córki spływają kryształowe łzy...

*****
O to prolog. Postanowiłam pisać bloga,mam nadzieję,że Wam się spodoba :)
Liczę na komentarze
Niewolnica
26.12.2015 o godz. 21:23
Jeśli to czytasz, proszę, przeczytaj notkę pod spodem. To dla mnie ważne!

- Ronnie, tak bardzo cię przepraszam. Nie jestem dobrym chłopakiem. Wiem.Ale zależy mi na tobie jak cholera i nienawidzę siebie za to, że dałem ci jakikolwiek powód byś w to zwątpiła. Przepraszam cię tak bardzo. Wybacz mi – błagam.

Dziewczyna z początku jest w szoku jednak po chwili na jej twarzy pojawia się uśmiech. Odgarnia blond grzywkę wpadającą jej do oczu i mówi.
- To naprawdę miłe co mówisz, ale… - ale? Nie, nie chcę żadnego ale! Nie pozwalam jej dokończyć i wtrącam się jej w środek zdania.
- Zmienię się. Zmienię się! Przysięgam! – jestem zdesperowany. Nie mogę jej stracić.

Blondynka chwyta mnie za koszulkę, przyciąga mnie do siebie łącząc nasze usta w długim, namiętnym pocałunku. W tym momencie jestem najszczęśliwszym facetem pod słońcem.

- Chciałam powiedzieć, że to miłe, ale nie rozumiem dlaczego mi to mówisz? Co się stało? Skąd ci się to tak nagle wzięło? – pyta. A ja zastanawiam się czy opowiedzieć jej co naprawdę działo się w ciągu kilku ostatnich dni. Myślę, że i tak by mi nie uwierzyła więc na razie postanawiam ten temat pozostawić.

- To skomplikowane, ale chcę żebyś wiedziała, że bardzo mi na tobie zależy.
- Cieszę się z tego. Mi również na tobie zależy – mówi a ja czule całuję ją w usta.

Wybaczyła mi. A ja dotrzymałem słowa. Zmieniłem się. Pilnowałem by moja osoba nie była najważniejszą w moim życiu lecz ona, rodzina i przyjaciele.



Koniec,end,ende,Конец, finito!!! Nareszcie!
Już tłumaczę dlaczego tak długo nie było tego epilogu. Właściwie to nie ma tu nic do tłumaczenia. Po prostu mi się nie chciało a brak komentarzy również nie zachęcał. To by było na tyle jeśli chodzi o tą historię :)

Żegnamy się. Nie mam pojęcia czy was to cieszy czy nie, wiem, że będę tęsknić za bloblo, ale powiedzmy sobie szczerze..nie ma najmniejszego sensu bym kontynuowała tego bloga. Większość ludzi odeszła z bloblo, nikt nie komentuje, nie dodaje, mi się nawet nie chce zalogować. Tak po prostu jest i trzeba to zaakceptować. Ale... No cholera, spędziłam na tej stronie cztery lata, to jest całe moje gimnazjum i początek liceum! Tęsknię za początkiem kiedy trzeba było wstać o piątej rano żeby zobaczyć 0 albo kilka zalogowanych użytkowników, za codziennym pisaniem, teraz w ogóle czasu nie mam :(
Hmm... jak już mówiłam /pisałam będzie mi brakować tego, Was...
Dziękuję za każdą poświęconą minutę dla tego bloga, za komentarze i wyświetlenia.. Kocham was misiaki :*
Oczywiście mój koniec na bloblo nie oznacza końca pisania (no błagam was... Jestem od tego kompletnie uzależniona, CarmenBlue to moja wielka miłość (mimo iż wiem, że nie jest to idealne)!!! Jeszcze długo będę pisać, co do tego nie mam wątpliwości). Pisanie jest wielką, nieodłączną i bardzo ważną częścią mojego życia, wszystkie moje prace znajdziecie tutaj: <link>. Nie są to jedynie te co publikowałam na bloblo, wszystkie w tym ulepszona wersja CarmenBlue, (tzn. jestem w trakcie dodawania, ale ZAPRASZAM!). Może to by było na tyle :)
Jeśli chcecie to możecie do mnie pisać na wattpadzie, na Twitterze, gg, jak chcecie to może być też snap, ale o to pytajcie jak coś w wiadomości prywatnej co tam jeszcze jest..? Jak będziecie mieli jakiś pomysł, pytania, za dużo czasu, piszcie jeszcze raz dziękuję i do widzenia :* kocham :***

Tagi: Cat's Face
11.10.2015 o godz. 14:50
- Nie wiem, ale jeszcze nie teraz. Chciałabym najpierw spróbować założyć szkołę taneczną, a później myśleć o ślubie. - Ojciec patrzył na mnie, jakby zobaczył ducha.
- No dobrze. - Odezwał się w końcu. - Daję ci czas do twoich 23 urodzin. Później musisz wziąć ślub.



Uśmiechnęłam się do niego i zamierzałam wrócić do swojego pokoju, jednak w tym momencie po całym domu rozniósł się donośny dźwięk dzwonka do drzwi.
- Otworzysz? - Zapytał ojciec, a ja kiwnęłam głową. Wstałam i podeszłam do drzwi. Powolnym ruchem otworzyłam je i moim oczom ukazała się Kavya z jakimś chłopakiem. Oboje mieli walizki, czyli zostają tu na dłużej. Przyglądałam im się lekko zdziwiona, gdyż wiedziałam, że znam skądś tego chłopaka. Twarz wydawała mi się bardzo znajoma.
- Shanti. Cześć, miło cię widzieć. - Powiedziała kuzynka przytulając mnie na powitanie.
- Ciebie też. - Odpowiedziałam, próbując udawać entuzjazm, lecz średnio mi to wychodziło.
- To jest Karan Singh, mój narzeczony. - Gdy usłyszałam to imię, wiedziałam już kto to. Chodziłam z nim do jednej szkoły w Indiach i powiem szczerze, nie był zbyt miły. - A to jest moja kuzynka, Shanti Kapoor. - Niechętnie podałam mu dłoń, a on się uśmiechnął. Po chwili obok nas pojawił się mój ojciec i zaczął ich witać. Wiedziałam, że teraz nie będą na nas zwracać uwagi, więc szybko poszłam do swojego pokoju. Miałam nadzieję, że dadzą mi spokój do końca dnia, lecz się myliłam, gdyż po dwóch godzinach do mojego pokoju weszła Kavya. Usiadła na łóżku, podczas gdy ja próbowałam czytać książkę. Dziewczyna tylko siedziała i mi się przyglądała.
- I co o nim sądzisz? - Zapytała.
- O kim? - Odpowiedziałam pytaniem, chociaż dobrze wiedziałam o kim mowa.
- No o Karanie. - Na jej twarzy zagościł uśmiech. Wiedziałam, że moja odpowiedź jest dla niej bardzo ważna.
- Jest całkiem... miły. Właściwie nie znam go jeszcze za bardzo, ale jestem pewna, że jest fajny. - Skłamałam. Tak na prawdę, to średnio go lubiłam. To był taki Niall, tylko, że w szkole w Indiach. Znaczy był dla mnie wredny, dokuczał mi i uważał się za wspaniałego.
- Miło, że tak uważasz. Ja idę, pójdę trochę pozwiedzać miasto, bo Karan jest zajęty rozmawianiem z wujkiem. - Powiedziała i wolnym krokiem wyszła z pomieszczenia. Wróciłam do czytania książki, która wciągnęła mnie tak bardzo, że nawet się nie zorientowałam, kiedy był już wieczór.
- Shanti. - Usłyszałam głos ojca i szybko odwróciłam głowę w stronę drzwi.
- Coś się stało? - Zapytałam.
- Kavya poszła zwiedzać miasto i trochę się zgubiła. Jest już ciemno i mocno pada, dlatego pojedziesz z Karanem po nią. - Oznajmił i już chciał opuścić pokój, ale go zatrzymałam.
- A czemu Karan nie może jechać sam?
- Bo nie zna miasta. - Westchnęłam, odłożyłam książkę i podążyłam za ojcem do salonu, gdzie czekał narzeczony mojej kuzynki. Razem poszliśmy do samochodu i ruszyliśmy w drogę. Przez przednią szybę nie było prawie nic widać, tak mocno padało. Wiedzieliśmy, że Kavya czeka na nas w restauracji, która znajduję się kawałek drogi od naszego domu. Widziałam, że Karan jedzie za szybko jak na taką pogodę, ale nic nie mówiłam. Jakoś nie miałam ochoty z nim rozmawiać. Patrzyłam przez boczną szybę tak, żeby nie widzieć twarzy chłopaka. Moje myśli znów wróciły do tematu Niall'a, przed czym wzbraniałam się cały dzień. Nie chciałam o nim myśleć, chciałam wybić go sobie z głowy. Wiedziałam, że nigdy nie będziemy razem. Gdy skończę 23 lata, mój ojciec znajdzie mi męża i wiem, że to nie będzie Niall. Aby przestać o tym myśleć, zaczęłam się skupiać za szczegółami za oknem. Nie było ich zbyt wiele widać, ale zawsze coś. Karan jechał teraz wolniej, lecz jak dla mnie nadal za szybko. Przyglądając się poboczu, zobaczyłam w oddali światło. Początkowo myślałam, że to jakaś latarnia, ale po chwili okazało się, że to jakiś samochód nadjeżdżający z lewej strony drogi. Kolejne rzeczy działy się tak szybko... Pojazd jechał bardzo szybko. Pisk opon dwóch samochodów doszedł do moich uszu. Karan i drugi kierowca w tym samym czasie próbowali zatrzymać maszyny, lecz droga była zbyt mokra, żeby im się to udało. Pojazd uderzył w bok naszego auta, które obróciło się o 180 stopni, w międzyczasie lądując na dachu i ten sam bok uderzył w drzewo rosnące po drugiej stronie ulicy. Lewy bok auta był prawie całkiem zmiażdżony, wiedziałam to... Nie musiałam nic widzieć, czułam, gdyż to właśnie ja tam siedziałam. Próbowałam oddychać spokojnie i nie panikować, ale stopniowo zaczęło do mnie docierać jak poważny mieliśmy wypadek. Czułam ból w prawie każdej części ciała. Zaczynałam się bać, gdy dotarło do mnie, że jestem ściśnięta w samochodzie i nie mam jak stamtąd wyjść. Powoli odwróciłam głowę, co bardzo bolało, lecz jakoś to wytrzymałam, i spojrzałam na Karana. Był przytomny, ale tak przerażony, że nie był w stanie się nawet ruszyć. Nagle ból zaczął słabnąć, a ja zaczęłam zapadać się w ciemność. Podobało mi się to i nie próbowałam z tym walczyć.


***


Słyszałam pikanie, jakieś kroki, czułam, że ktoś mnie dotyka, lecz nic więcej. Wiedziałam, że już po wszystkim i chyba nie żyję. Chociaż, gdybym nie żyła, to bym pewnie tego nie słyszała... W sumie to nie wiem jak to jest, nigdy wcześniej nie umierałam. Chwilę po tym, jak zaczęłam słyszeć, zaczęłam również czuć. Znów poczułam ten ból, ale już nie tak mocny jak wtedy. Dało się go znieść. Nie wiedziałam ile dokładnie czasu minęło od wypadku, nie wiedziałam też jak to się wszystko skończyło. Bałam się trochę o Karana, że coś mu się stało. Może jest w poważniejszym stanie niż ja, bardziej go boli. Te myśli nie dawały mi spokoju.
- Muszę zobaczyć moją córkę. - Usłyszałam przytłumiony głos dochodzący najprawdopodobniej zza jakiejś ściany. Do moich uszu dobiegł dźwięk otwieranych drzwi i kroki dwóch osób.
- Stan pana córki jest stabilny, ale nie wiemy kiedy się obudzi. - Miły głos lekarza mnie uspokoił, lecz nie byłam w stanie otworzyć oczu.
- Codziennie mi pan to mówi, kiedy w końcu będziecie to wiedzieć?! - Krzyk mojego ojca rozniósł się po pomieszczeniu. Chwileczkę... codziennie? Ile dni ja tu już leże? Zaczęłam się nad tym zastanawiać, lecz nie była w stanie sobie odpowiedzieć na te pytania. Usłyszałam jak jedna osoba opuszcza pomieszczenie. Spróbowałam się zmusić do otworzenia oczu, lecz to na nic. Nie wiem ile czasu to trwało, ale usłyszałam ciche pukanie do drzwi oraz dźwięk kroków.
- Panie Kapoor, co z nią? - Do moich uszu doszedł znajomy głos. Melanie.
- Nadal się nic. Zostawię was same i skoczę coś zjeść. - Oznajmił, po czym wstał i wyszedł zamykając za sobą drzwi.
- Shanti, słyszysz mnie? - Tak bardzo chciałam to jakoś potwierdzić, lecz nie wiedziałam jak. - Oglądałam ostatnio film, w którym mówili, że jest szansa, że mnie słyszysz. Znaczy to chyba była bajka dla dzieci. - Chciałam się zaśmiać, lecz również nie dałam rady. - Widziałam to! - Krzyknęła tak głośno, że miałam ochotę zakryć sobie uszy, lecz niestety nie mogłam. - Uśmiechnęłaś się, widziałam. - Dodała trochę ciszej. - Jednak mnie słyszysz. Mówiłam ci, że w bajkach jest zawarta tajemna wiedza. Ale mniejsza. Wiesz, że leżysz tak już sporo ponad miesiąc. Miałaś wstrząs mózgu, złamaną nogę, rękę i nadgarstek. Nie wiem czy to czujesz, ale nad okiem masz teraz bandaż, bo w tym miejscu uderzyłaś się w głowę. Poza tym jest chyba dobrze, z tego co mówili lekarze już jest z tobą o wiele lepiej i powinnaś niedługo się obudzić. - Mówiła to wszystko tak szybko, że ledwie się połapałam. Byłam ponad miesiąc w śpiączce? Sporo mnie ominęło. Słyszałam jak Melanie mówi coś jeszcze, ale nagle poczułam się tak zmęczona, że nie byłam w stanie nic z tego zrozumieć. Po chwili przestałam wszystko słyszeć i postanowiłam trochę odpocząć, aby później spróbować jeszcze raz.


***


Znów zaczęłam słyszeć głos. Wiedziałam kto do mnie mówi, gdyż poznałabym ten głos wszędzie. Melanie opowiadała mi co robiła przez ten czas kiedy ja spałam. Znów próbowałam otworzyć oczy, ale to na nic.
- Wiesz, gadałam wczoraj z Marco i on mi powiedział, żebym zadzwoniła do Niall'a. Radził mi, żebym powiedziała mu o tym wszystkim, ale nie wiem czy to dobry pomysł. W sumie to ja już do niego próbowałam dzwonić, ale nie odbierał. Potem przemyślałam tą sprawę jeszcze raz i postanowiłam więcej nie dzwonić bez twojej zgody. - Znów mówiła bardzo szybko, ale o dziwo nadążałam za nią. Czułam się jakaś taka wyspana, wypoczęta. Znów zaczęłam próbować otworzyć oczy, co zaczynało mnie powoli męczyć. Starałam się jak mogłam przez długi czas. Już przestałam mieć nadzieję, że to się uda, ale nie przestawałam. Nagle coś zobaczyłam, albo mi się zdawało. Spróbowałam jeszcze raz, tym razem bardziej się do tego przykładając. Teraz byłam pewna, że widziałam światło lampy wiszącej na suficie. Kolejne podejście i zobaczyłam w miarę wyraźnie tę lampę. Raziło mnie światło, więc znów zamknęłam oczy, lecz po chwili otworzyłam je znowu. Tym razem było to o wiele prostsze.
- Obudziłaś się. - Usłyszałam zdławiony szept Melanie. Siedziała w pewnej odległości ode mnie, więc jej nie widziałam, a bałam się trochę odwrócić głowę. Dziewczyna wstała i wybiegła z pomieszczenia, aby po chwili wrócić z lekarzem. Starałam się przez ten czas mieć oczy otwarte. Mężczyzna około 40-stki podszedł do mnie i zaczął mnie badać.
- Wygląda na to, że już się obudziła. - Oznajmił mojej przyjaciółce, tak jakby sama tego nie widziała, po czym zwrócił się do mnie. - Musisz dużo odpoczywać, aby dojść do siebie. - Po tych słowach wyszedł z pomieszczenia. Dziwny koleś.
- Dziwny koleś. - Usłyszałam głos Melanie i się zaśmiałam, lecz zabrzmiało to chyba bardziej jak kaszlnięcie. Dziewczyna przysunęła krzesło bardzo blisko mojego łóżka i zaczęła uważnie mi się przyglądać.
- Jak dobrze, że w końcu się obudziłaś. Możesz mówić? - Zapytała, patrząc na mnie wyczekująco. Spróbowałam powiedzieć 'Tak', ale nie udało mi się to za pierwszym razem. Dopiero po czasie, lecz i tak brzmiało to dziwnie, jakby to nie był mój głos.
- Lepiej jeszcze trochę odpocznij. Ja skoczę coś zjeść, bo umieram z głodu. Siedzę tutaj od rana, chyba rozumiesz... - Powiedziała wstając, a mi udało się powiedzieć 'Idź', głosem, który już trochę bardziej przypomniał mój.


***
Witam!
Przepraszam za tą długą przerwę,
ale były wakacje i jakoś tak nie
miałam zbytnio czasu ani weny na
pisanie nowych rozdziałów.

Przepraszam też jeśli w czymś się
pomyliłam w sprawie wypadku i
leczenia Shanti, ale nie jestem
lekarzem i nie znam się zbytnio
na tym. Więc jeśli w czymś się
pomyliłam, to przepraszam.
Starałam się jak mogłam, żeby
wszystko się zgadzało.
Tagi: Love.
28.08.2015 o godz. 02:47

Chapter 32


Późnym wieczorem wróciliśmy do domu. Spędziliśmy długie popołudnie w warsztacie,a później pojechaliśmy na szybkie zakupy.
Cassie przysypiała w samochodzie. Kiedy zaparkowałem na miejscu w podziemnym parkingu obudziłem dziewczynę. Wysiedliśmy z auta. Blondynkę od razu przeszył zimny wiatr.
-Idź już na górę.-Poleciłem Cass,która od razu zapytała,czy mi nie pomóc z torbami. Odpowiedziałem,że nie trzeba,więc pobiegła do mieszkania. Kiedy wszedłem do środka, z łazienki usłyszałem tylko dźwięki wody lecącej pod prysznicem.
Dziewczyna zdążyła wykonać wieczorną toaletę,gdy ja rozpakowywałem zakupy i jadłem szybko zrobioną kolację.
-Jesteś głodna?-Zapytałem Cassie,gdy ta rozczesywała mokre włosy przed lustrem w przedpokoju.
-Nie,dziękuję.-Odpowiedziała smutno. Od jakiegoś czasu była bardzo markotna. Podejrzewałem,że to dlatego,że jest zmęczona i potrzebuje się przespać.-Idziesz do łóżka?-Zapytała uchylając drzwi od sypialni.
-Zaraz idę.-Posłałem jej miły uśmiech,by się trochę rozpogodziła. W odpowiedzi dostałem leniwe ziewnięcie,ale nie wymagałem od niej zbyt wiele aktualnie.
Może to wszystko po prostu ją przytłoczyło? Po szybkim prysznicu opierając się o umywalkę zastanawiałem się,co ja tak naprawdę zrobiłem? Wplątałem się w nieciekawe interesy mojego kumpla,przez którego miałem już kłopoty w przeszłości. Teraz jeszcze Cassie w to weszła. Czy ona robi to dla mnie?
Przeczesując świeżo wystrzyżone włosy wyszedłem z łazienki. Zgasiłem światło w kuchni,salonie i poszedłem do sypialni.
-Śpisz słonko?-Zapytałem szeptem dziewczynę,która tuliła do siebie skrawek kołdry leżąc na boku. Brak odpowiedzi uznałem za "tak",więc wyłączyłem lampkę na szafce nocnej i pocałowałem Cass w czubek głowy.
-Justin?-Blondynka mruknęła cicho w pewnym momencie,gdy powoli zasypiałem.
-Tak?-Zapytałem odkręcając się twarzą w jej stronę.
-To źle,że boję się całego tego starcia z Tracem?-Jej oczy zalśniły,widziałem to nawet w ciemności.
-Nie...Ja też się boję. Jeśli nie chcesz...to nie rób nic na siłę.-Delikatnie dotknąłem ciepłego policzka dziewczyny.
-To nie jest tak,że nie chcę,tylko mam złe przeczucia. Coś nie pozwala mi myśleć pozytywnie.
-Nie bój się,jeśli będzie trzeba ochronię cię przed wszystkim.-Przytuliłem Cassie do swojego torsu. Chciałem dać jej ciepło i poczucie bezpieczeństwa. To było aktualnie najważniejsze. Pragnąłem,żeby czuła się zawsze dobrze,nawet w tych gorszych momentach.

Cassie


Byłam tą niepozorną dziewczyną. Miła,przyjazna,uśmiechnięta,słodka...ale gdy chodzi o misje do wypełnienia już taka nie jestem. Wszystko w jednym momencie się zmienia. Potrafię być silna i bezlitosna. Trudno w to uwierzyć,prawda? Justinowi pewnie też będzie trudno. Już niebawem moje "drugie oblicze" przeżyje swoją drugą młodość. Mam nadzieję,że będzie to jednorazowy wybryk. Nie chciałam za bardzo angażować się w nielegalne sprawy po raz kolejny. W to łatwo jest wejść,jednak trudno się wydostać. To jest jak ogromna klatka z niewielkimi przejściami. Dopóki nie schudniesz wystarczająco,żeby się przez nie przecisnąć będziesz siedział i robił wszystko co może dziać się na tej ogromnej powierzchni.


~~~



Plan nie był skomplikowany. Jedyne co musieli zrobić to zakończyć dilerkę Trace'a. Byli przygotowani,ale nic nie mogli przewidzieć. Wszystko mogło się zdarzyć.
Zwykłe piątkowe popołudnie. Większość ludzi wraca z pracy do domu i odpoczywa. Wtedy także Cassie i Justin zbierali się na ekskluzywną imprezę Szejków i innych zaproszonych bogaczy. Cudem udało się całej grupie zdobyć zaproszenia. Wszystko dzięki pomocy siostry Jamesa. Jak ona to zrobiła? To zostanie w tajemnicy przed wszystkimi. Cassie założyła na siebie powoli sukienkę. Stała przed dużym lustrem na szafie w sypialni i przyglądała się sobie z przerażoną i jednocześnie smutną miną. Odkręciła się w stroną łóżka gdzie leżał skórzany pas na broń. Zapięła go na udzie,tak by nie był widoczny spod różowego materiału. Chwilę później odsunęła drzwi szafy i z najwyższej półki ściągnęła karton,w którym leżały dwa pistolety. Chwyciła jeden z nich niepewnie i popatrzyła na niego z każdej strony. Ostatecznie stanowczo wsadziła go w odpowiednie miejsce przy pasie i wyszła z pokoju sprzątając po swoich przygotowaniach.
Justin w tym czasie dokańczał swoją fryzurę w łazience. Cassie stanęła w drzwiach opierając się o framugę.
-Jesteś już gotowa?-Zapytał nie odrywając wzroku od lustra.
-Tak,wydaje mi się,że tak.-Westchnęła spuszczając wzrok na podłogę. Chłopak spojrzał na nią z delikatnym uśmiechem i chcąc odciągnąć ją od złych myśli skomplementował jej ubiór.
Kiedy obydwoje byli już gotowi do wyjścia stanęli przed drzwiami. Cassie poprawiła kosmyki włosów wypadające z jej eleganckiego,nisko upiętego koka patrząc na swoje białe,kryte szpilki. Bieber poprawił kołnierz czarnej koszuli i zapiął szarą,połyskującą marynarkę.
-Zaczekaj.-Zatrzymała chłopaka blondynka,gdy ten położył już rękę na klamce.
-Co?-Zapytał patrząc na Cassie,która zdejmowała z szyi delikatny,złoty naszyjnik z zawieszką w kształcie krzyża.
-Weź to,proszę. Jeśli coś mi się stanie chcę żebyś położył mi to w trumnie. Dostałam to od mojej mamy kiedy leżałam w szpitalu po wypadku samochodowym.-Wyciągnęła rękę w stronę Justina,który nie wiedział jak się zachować.
-Miałaś wypadek?-Zapytał niepewnie.
Blondynka pokiwała głową chowając naszyjnik w dłoni.
-Ja prowadziłam,omal nie zabiłam siebie i młodszej siostry. Rodzice byli na mnie wściekli. Wszyscy mówili,że to wina złej pogody,jednak ja od tamtego czasu nie usiadłam za kierownicą ani razu.-Justin wysłuchał krótkiej historii swojej dziewczyny. W jego oczach pojawiły się drobne łezki.
-Nie,nie dawaj mi tego.-Zaprotestował po chwili ciszy.-Nic ci się nie stanie,nawet tak nie mów!
-Weź,proszę.-Szepnęła kładąc mu na dłoni biżuterię.
-Cassie.-Szatyn szybko przytulił ukochaną,po czym pocałował jej pomalowane na delikatną czerwień usta.-Od momentu kiedy wyjdziemy stąd nie możemy dać po sobie nic poznać. Musimy grać cały czas.
Ostatni raz namiętnie się pocałowali,po czym wyszli na korytarz. Dziewczyna zamknęła mieszkanie na klucz,kiedy Justin poszedł do garażu po samochód. Cassie czekała na chłopaka przed wyjazdem z podziemi. Na widok białego Ferrari podeszła ciut bliżej otwierając drzwi auta. Powoli,układając sukienkę usiadła na miejscu pasażera.
Całą drogę przesiedzieli w ciszy. Na początek pojechali do warsztatu,gdzie zamienili samochody i spotkali się z resztą grupy. Chris rozdał wszystkim nadajniki i małe słuchawki,przez które mogli się komunikować.
-Nie będę przeciągał,sprawa jest wam wszystkim znana. Powstrzymujemy tego chujka i wszyscy jesteśmy wolni.-Mówił James chwilę przed tym,gdy wszyscy wsiedli w swoje auta. Następnie w różnych odstępach czasu pojechali na miejsce imprezy.

Chapter 33


Cassie


Jako ostatni dojechaliśmy na miejsce imprezy.
-Jesteśmy.-Poinformowałam wszystkich przytykając palec do słuchawki w uchu.
-Świetnie,wiecie co robić.-Odpowiedział James,który był już w środku.
Justin wysiadł z samochodu i otworzył mi drzwi. Wyciągnął w moją stronę rękę i z francuskim akcentem powiedział:
-Proszę Madame.
Śmiejąc się położyłam dłoń na jego dłoni i wysiadłam z auta. Chłopak trzasnął drzwiami i biorąc mnie pod rękę ruszył w stronę wejścia do dużego budynku. Przed wejściem stali ochroniarze,którym wręczyliśmy nasze zaproszenia.
-Piętro dziesiąte.-Powiedział do siebie Justin stając przed windą. Chwilę poczekaliśmy,aż zjechała na dół. W tym czasie poprawiłam Bieberowi koszulę.
-Dzięki.-Zaśmiał się całując mnie w policzek.
Kiedy weszliśmy do windy zapadła niezręczna cisza.
-Będzie dobrze.-Pocieszałam samą siebie.-Co się może takiego strasznego stać?-Zadawałam pytania retoryczne,na które i tak potrafiłam odnaleźć odpowiedź.
-Nie martw się,jesteśmy w tym wszyscy.-Zdążył powiedzieć Justin. W tym momencie drzwi windy się otworzyły. Głośna muzyka kierowana przez DJa bawiła wszystkich gości. Nie tak wyobrażałam sobie zawsze imprezy miliarderów. Wydawało mi się,że oni mają nudne i sztywne bankiety.
-Szampan dla każdego z gości.-Podeszła do nas kelnerka,której podziękowaliśmy biorąc kieliszki z tacy.
-To...za dobrą zabawę.-Uśmiechnął się niepewnie Justin.
-Tak...za dobrą zabawę.-Zaśmiałam się ironicznie uderzając delikatnie o kieliszek chłopaka.
Upiliśmy trochę trunku,po czym ruszyliśmy usiąść na kanapy przy ogromnych oknach. Stamtąd mieliśmy dobry widok na wszystkich.
-Mam widok z kamer.-Usłyszeliśmy uradowany głos Chrisa.
-Widzisz sukinsyna?-Zapytał szybko zdenerwowany Justin. Jego groźny wyraz twarzy ukrywał strach.
-Wchodzi do windy.-Dodał Vincent.
Właśnie zaczynało się najgorsze. Brandon i Vin poszli za Trace'em. Słyszeliśmy cichą rozmowę w sprawie rozprowadzenia towaru dla dzieciaków w liceach. Jakaś totalna nowość,w ogóle nie testowana. Musieliśmy go złapać
inaczej mogłoby stać się coś złego. Takie dziadostwo może zniszczyć życie tym którzy to brali i tym z otoczenia biorących.
Akcja zaczynała się rozkręcać. Trace zszedł na imprezę.
-Nasza kolej.-Powiedział cicho Justin wyciągając mnie na parkiet. Tańcząc trzymaliśmy się jak najbliżej naszego celu. Mieliśmy go cały czas na oku,gdy w pewnym momencie wycofał się z tłumu pełnego pięknych kobiet,by odebrać telefon. Wszedł do łazienki.
-Mam plan. Nic nie mów,trzymaj się mnie.-Brązowooki zaciągnął mnie do męskiej toalety wpychając do jednej z kabin. Miałam się nie odzywać,jednak patrzyłam na chłopaka ze zdziwionym spojrzeniem. Dwie kabiny dalej Trace rozmawiał przez telefon.
Ekskluzywna impreza,a ja siedzę z Justinem w kiblu. Lepiej nie mogłam wymarzyć sobie tego dnia.
Szatyn przyparł mnie do ściany,gwałtownie i namiętnie całując mnie po szyi,karku,policzkach i ustach. Robił to jak kompletny napaleniec.
-Słuchaj uważnie co mówi.-Wyszeptał blisko mojego ucha praktycznie niedosłyszalnie.
-Za pół godziny? Jasne,będziemy,wszystko jest gotowe do rozprowadzenia.-Mówił dość spokojnie i opanowanie. Nie krył się z tą rozmową,a raczej nie była to rozmowa o farbie na ściany do kuchni.
Justin podniósł moją nogę,którą trzymałam przy jego biodrze. Jego ręka delikatnie zahaczała o broń na moim udzie. Kilka ostatnich pocałunków...Trace wyszedł z łazienki. Zatrzymaliśmy się na chwilę w totalnej ciszy,by sprawdzić czy ktoś tutaj jest. Chwilę później szybkim krokiem wyszliśmy z pomieszczenia.
-Gdzie on jest?-Zapytałam wyszukując wzrokiem Trace'a. Zgubiliśmy go,a nie była to dobra wiadomość.
-Wsiadł do windy,jedzie do wyjścia. Szybko ludzie! Jedziemy za nim!-James szybko zareagował na zaistniałą sytuację.
-Cholera.-Warknął pod nosem Justin kierując się biegiem w stronę schodów. Nie miałam innego wyboru. Zdjęłam szpilki i biegłam bez butów. Zyskaliśmy dzięki temu trochę na czasie.
-Włączcie GPS-y,macie tam pokazaną jego lokalizację!-Poinformował Chris,który jako pierwszy jechał za ciemnym,masywnym autem.
Serce waliło mi jak oszalałe. Z każdą minutą byliśmy coraz bliżej kulminacji tej akcji. Jak to wszystko się zakończy?
Spojrzenie Justina na drogę wyrażało więcej niż niejeden długi list z groźbą. Nie potrafiłam opanować oddechu po biegu. Spojrzałam z przerażeniem w oczach na chłopaka.
-Kurwa,ich jest więcej i chyba wiedzą,ze ich śledzimy!-Wykrzyczał przestraszony James. Po chwili rozległy się huki strzałów.
-Nie wydaje mi się,że chyba!-Odpowiedziałam łapiąc z Justinem kilkusekundowy kontakt wzrokowy.
-Rozwalimy ich.-Powiedział niskim głosem Vincent. Byłam w stu procentach pewna,że nasze twarze wyglądały niemal tak samo. Groźna mina z sarkastycznym uśmiechem. Obyśmy nie byli zbyt pewni siebie.
Po bokach zaczęły nadjeżdżać inne auta nie zważając na niewinnych uczestników drogi. Nie minęła chwila,kiedy w tle zaczęły wyć syreny ścigającej nas policji. Prędkości samochodów stopniowo,ale szybko wzrastały. Gdy wyjechaliśmy na spotkojniejszą drogę wtedy zaczęła się jazda. Przeciwnicy uruchomili broń.
-Świetnie.-Burknęłam pod nosem rozpinając pasy. Wyciągnęłam gwałtownie broń i obsunęłam szybę do dołu.
-Trzymaj się!-Krzyknął Justin,ponieważ piski opon,warkot siników,strzały i hałas obijającego się wiatru zagłuszał nasze głosy.
Nie miałam zbyt wiele czasu na myślenie. Celowałam w opony. Najwyraźniej nie wyszłam jeszcze z wprawy,bo udawało mi się wszystko robić dość celnie.
Samochody ludzi Trace'a traciły kontrolę i zjeżdżały na boki. Wiedziałam,że szło nam za dobrze,bo do gry weszła broń maszynowa z dużego,czarnego samochodu. Na sam początek skasował z drogi samochód Chrisa,który jechał na czele naszej grupy. Po kolei robiliśmy slalomy,aby unikać strzałów,jednak nie było to takie proste. Nasz plan zaczął nawalać. Jedynym pocieszeniem był fakt,że zgubiliśmy policję.
Straciliśmy ze sobą połączenie,więc byliśmy zdani sami na siebie.
Justin wpadł na szalony pomysł. Musiałam przejąć kierownicę. On w tym czasie wyszedł przez okno na dach samochodu. Nie mogłam w tej chwili myśleć o moim strachu. Moje pierwsze kierowanie samochodem od wypadku i to jeszcze z tak zawrotną prędkością z osobą na masce.
-PRZYSPIESZ!-Krzyknął Brandon z drugiego auta jadącego tuż obok mnie. Musiałam podjechać pod samego czarnego vana. Miałam na tyle dobre,że reszta naszej grupy pomogła mi popychając mnie swoimi samochodami.
Justin wskoczył do ściganego vana powalając na plecy operatora broni. Nie widzieliśmy co działo się w środku,na pewno było gorąco.
Kilka minut,z auta wypadły dwie osoby. Kierowca i koleś,który do nas strzelał. Oznaczało to,że Justin przejął towar. Teraz zostało nam tylko pozbyć się ostatnich dwóch samochodów jadących po bokach jezdni. Z zawrotną prędkością Rodney i Michelle zepchnęli ich do rowów napełnionych wodą.
Triumfowaliśmy z uśmiechami na twarzach. Powoli zwalnialiśmy nogi z pedałów gazu. Emocje opadały. Wygraliśmy.

不怕


Ktoś tu chyba wrócił po dwutygodniowej przerwie haha.

Przepraszam za tak długą nieobecność,straciłam totalnie czas i chęć na pisanie dalej tego fanfiction. Mam napisane dużo rozdziałów więc zanim je dodam może wróci moja kochana wena.

Jak widzicie,dodałam dwa rozdziały. Teraz będzie tak co tydzień. Zdałam sobie sprawę, że na studiach trudno będzie mi dokończyć to ff...

Dziękuję za wszystkie komentarze pod poprzednim rozdziałem. Zaraz zabieram się za nadrabianie rozdziałów u was i zapraszam do oceniania tych dwóch rozdziałów:)




Tagi: .
17.08.2015 o godz. 18:52

7

Znów jestem w średniej wielkości piwnicy w której mieści się laboratorium Jenkinsa. Mężczyzna stawia mnie na taborecie na którym siedziałem parę dni temu gdy to wszystko się zaczęło. Z drugiej strony siedzi Felix (wydaje mi się, że tak nazywał się ten kot) w moim ciele. Ed podpina nas do urządzenia. Mówi coś żebyśmy się nie martwili bo wszystko będzie dobrze i uruchamia maszynę.

Znów czuję mrowienie na całym ciele. Trwa to kilka sekund a po chwili czuję ostry, przenikający ból. Rozglądam się dookoła. Widzę zmartwiony wyraz twarzy wujka, spoglądam na swoje dłonie. Tak! Udało się!
Dziesięć palców u rąk, dziesięć u nóg, moja twarz. Wróciłem!
Uśmiecham się szeroko, na twarzy mężczyzny widoczna jest ulga. Rzuca mi się na szyję i odpina od maszyny mnie i kota.

Głaszczę zwierzaka siedzącego na moich kolanach a Jenkins rozpoczyna przesłuchanie.
- Ale mi napędziłeś stracha. Gdzie byłeś? – pyta.
- U Ronnie.

Właśnie, Ronnie! Muszę ją znaleźć i przeprosić! Skoro znów jestem człowiekiem mogę poukładać wszystko nim będzie za późno. Mam szansę naprawić wszystko co udało mi się do tej pory zepsuć.
Wstaję, chcę wyjść lecz Jenkins mnie powstrzymuje.
- A ty dokąd? Powinieneś tutaj zostać przez przynajmniej godzinę by sprawdzić się czy nie występują skutki uboczne.

- Jakie skutki uboczne? – pytam zaniepokojony nową informacją. Chyba nie wyrośnie mi koci ogon, prawda? Nie zacznę miauczeć ani nic z tych rzeczy, prawda?
- Zawroty głowy, mdłości, osłabienie… - tłumaczy – Nic bardzo poważnego, ale jeśli straciłbyś gdzieś przytomność? Nic ci się nie stanie jeśli poczekasz chwilę – wywracam oczyma i kręcę zniecierpliwiony głową.

- Nie rozumiesz. Muszę jak najszybciej porozmawiać z Ronnie. Za godzinę może być już  za późno. Jakiś koleś chce mi ją odbić. Nie mogę jej stracić. Która godzina?
- Dwadzieścia po drugiej.
- Mam czterdzieści minut. Muszę iść. Nic mi nie będzie – posyłam mu uspakajający uśmiech i wybiegam z budynku.

Rozglądam się dookoła. Jeśli pobiegnę do końca tej ulicy i skręcę w lewo w ciągu piętnastu minut znajdę się pod domem Campbellów.

Wbiegam na podwórko. Nieco zdyszany naciskam dzwonek do drzwi. Po chwili otwiera mi Caroline. Uśmiecham się i kucam przy niej.
- Hej księżniczko – mówię powodując wielki uśmiech na jej twarzyczce.
- Ceść – sepleni.
- Jest Ronnie? – pytam a dziewczynka kręci głową – A wiesz gdzie jest?
- Z Deanem – kiwam głową.
Dziękuję i żegnam się lecz nim odejdę w drzwiach pojawia się Pan Campbell.
- Caroline, chyba mówiłem byś nie otwierała drzwi nieznajomym? – karci córkę a ona robi niewinną minę. Wygląda jak taki mały aniołek.
- Ale ja znam Bryana – robi oczy szczeniaczka a jej tata w końcu na mnie spogląda. Mierzy mnie wzrokiem.
- Dawno cię nie widziałem. Ronnie nie ma. Wyszła dziesięć minut temu – informuje a ja przytakuję kiwnięciem głowy.
- Dobrze. Dziękuję i do widzenia.

Mężczyzna jedynie mruczy coś pod nosem jednak nie sądzę by było to „do widzenia” ani nic specjalnie miłego. On nigdy mnie nie polubił.

Cholera, dziesięć minut temu wyszła z tym dupkiem. Muszę ją jak najszybciej znaleźć. Mam nadzieję, że nie jest za późno i, że da mi jeszcze jedną szansę.

Ugh, ale jak ja mam ją znaleźć? Boston jest ogromny. Jeszcze w pojedynkę? Pieszo? Nie dam rady. Stracę ją. Stracę moją dziewczynę bo byłem zbyt zapatrzony w siebie. Naprawdę musiałem zostać kotem żeby to dostrzec? Co ze mną jest nie tak?

Nagle w mojej głowie pojawia się pewna myśl. Niedaleko stąd znajduje się ulubiona kawiarnia Ronnie. Nie mam nic do stracenia więc biegnę w tamtym kierunku. Widzę ich. Siedzą przy stoliku, piją kawę i śmieją się.
- Ronnie! – krzyczę.

Dziewczyna obraca się. Jest zdziwiona moim widokiem. Wstaje i podchodzi do mnie.
- Bryan? Co ty tu robisz?
Tagi: Cat's Face
16.08.2015 o godz. 15:57

6

Żegnam się z małą Caroline, która jest bliska płaczu z powodu rozstania. Mi również jest szkoda. Polubiłem tego dzieciaka. Jest naprawdę urocza.
Ronnie zabiera mnie i wsadza do samochodu. Dean siada za kierownicą i odpala silnik przekręceniem kluczyka w stacyjce. Mają zamiar odwieźć mnie do schroniska.
Cholera, muszę coś wymyślić. Gdy już znajdę się w budynku azylu dla zwierząt mogę zapomnieć o powrocie do swojego człowieczego ciała. Muszę się wydostać. Uciec.
Samochód zatrzymuje się pod dużym zielonym budynkiem.
To ten moment.
Drzwi się otwierają. Ronnie po mnie sięga a ja zwinnie unikam jej rąk nie dając się złapać i uciekam. Biegnę przed siebie. Słyszę nawoływania mojego imienia. Gonią mnie. Skręcam w opuszczoną uliczkę i chowam się w jakiejś starej rurze. Słyszę kroki.
- Gdzie on jest? - pyta Ronnie a następnie słyszę głos Deana.
- Może pobiegł tam?
Kiedy odchodzą odczekuję jeszcze chwilę i wychodzę z ukrycia.

Cholera... Teraz tylko powiedzcie mi gdzie ja jestem? Gdzie jest ta pracownia? Muszę znaleźć miejsce, które będę kojarzył. Muszę znaleźć Jenkinsa.

×××

Szlag... Od godziny chodzę w kółko. Nie znam tej części miasta a gdy mierzysz trzydzieści centymetrów wcale nie łatwo jest zorientować się co jest za jakimś wieżowcem, sklepem itp. Pomocy ludzie!
Nienawidzę czuć się tak bezradnie.

Przechodzę obok jakiejś kawiarni i słyszę znajomy mi już głos. Dean - kumpel mojej dziewczyny.
- Bryan to idiota. Nie zasługuje na nią - zatrzymuję się pozostając w odpowiedniej odległości. Czy wszyscy w tym mieście nie mają o czym rozmawiać więc uparli się na mój temat? Mimo wszystko to co mówi blondyn nie pozwala mi ruszyć przed siebie więc słucham dalej - Ronnie jest cudowna. Piękna i inteligentna. Powinna być ze mną a nie z tym idiotą, który nie potrafi docenić tego co ma - mówi do jakiegoś gościa siedzącego naprzeciwko niego.
- I co zamierzasz z tym zrobić?
- Uświadomię Ronnie, że nie warto marnować na niego czasu i, że powinna związać się ze mną. Zrobię to jeszcze dzisiaj. Ona ciągle szuka tego sierściucha i myśli, że ja też to robię. O piętnastej mamy się spotkać. Pogadam z nią.

Nie. Nie, to niemożliwe! Mam ochotę wydrapać mu oczy. Co za skurwiel! Jeśli tylko zbliży się do Ronnie zabiję go!

To jest ten moment kiedy uświadamiam sobie, że nie wiem gdzie jest Jenkins, że jestem kotem. Prawdopodobnie już będę nim na zawsze. Jestem beznadziejnym chłopakiem, człowiekiem. To nie Ronnie powinna być wdzięczna, że z nią jestem. To ja powinienem być wdzięczny.
Ona jest niesamowita. Zasługuje na wszystko co najlepsze. Jest zbyt dobra dla mnie.
Może Dean ma rację? Może będzie z nim szczęśliwsza? Ja i tak nie mogę jej niczego zaoferować,naprawić. Jestem pieprzonym zwierzakiem.
Już nie powiem jej, że ją kocham, nie pocałuję jej, nie przytulę. Chciałbym znów spędzać czas na kanapie przed telewizorem narzekając, że znów musimy oglądać te durne filmy o miłości,zaczepiać ją, obdarowywać tysiącami pocałunków. Chcę znów złapać ją za rękę. Być z nią.

Idę ulicami Bostonu nawet nie patrząc przed siebie. Głowę mam spuszczoną w dół.
- Bryan?! - słyszę głos brata mojej mamy. Odwracam się. To on. Znalazłem go! On mnie znalazł!
Podbiegam do niego a on unosi mnie biorąc na ręce.



Trochę się załamałam gdy odkryłam, że piszę to opowiadanie od czterech miesięcy. Następny (ostatni) rozdział oraz epilog pojawią się już nie długo :)
Tagi: Cat's Face
06.08.2015 o godz. 15:36

Chapter 31


Po chwili zastanowienia się postanowiłam wejść do środka. Powolnym ruchem złapałam za klamkę małych drzwi. Było otwarte,więc licząc,że nie narobię zbyt wiele hałasu zakradłam się do środka. Nie żebym coś podejrzewała,ale bałam się,że może być niebezpiecznie. Przyparłam się delikatnie do ściany,z której obłaziła zielona farba. Byłam aktualnie w małym pomieszczeniu,w którym stało biurko i dwa krzesła obok niego. Na ścianach wisiały stare obrazki samochodów. Czyli dobrze myślałam,że to jakiś warsztat. Torebka,którą miałam przewieszoną na skos przez ramię trochę mi przeszkadzała. Na tej samej ścianie,na której się opierałam było wejście,pewnie do garażu. Stamtąd dobiegały czyjeś głosy. Trudno było je rozpoznać,ponieważ rozchodziło się echo. Wolnym krokiem ruszyłam do otworu na drzwi,drzwi już tam nie było. Byłam już tak blisko,gdy drewniana podłoga zarwała się robiąc dużo hałasu. Moja noga utknęła w otworze,więc ucieczka nie była aktualnie dobrym pomysłem. Kiedy w garażu zapadła cisza,ja starałam się wydostać nogę z potrzasku. Serce mi przyspieszyło a do oczu napłynęły niekontrolowane łzy. Usłyszałam dźwięk naładowywania pistoletów. Słyszałam ciężkie kroki kilku osób. Noga wydostała mi się z podłogi w momencie gdy James i dwoje innych kolesi wycelowało we mnie pistolety.
-Cassie?-Zapytał cicho zdziwiony James pokazując,żeby jego koledzy schowali bronie.-Co ty tutaj robisz?
-Zobaczyłam samochód Justina...-Mówiłam niepewnie.-Zadzwoniłam do niego i usłyszałam jego telefon tutaj.
-Lepiej idź.-Polecił zdenerwowany chłopak.
-Nie...-Chciałam cicho wtrącić.
-Idź!-Rozkazał celując we mnie pistoletem po raz kolejny. Dwóch czarnoskórych mężczyzn zrobiło to samo. Nie ruszałam się,więc James wystrzelił pocisk w ścianę za mną. Wkurzyłam się,czyżby coś knuli za moimi plecami? Spojrzałam w oczy każdego z moich "przeciwników" po czym wyszłam szybkim krokiem.

Justin


-Kto to był?-Zapytałem Jamesa zamykając maskę samochodu nad którym aktualnie pracowałem.
-Jakieś dziecko.-Dostałem w odpowiedzi.-Przepędziliśmy je.-Widziałem,że Chris i Rodney dziwnie na siebie spojrzeli,więc nie miałem ochoty wierzyć mojemu przyjacielowi.
-Co takiego ważnego się tutaj dzieje,że nie mogę o tym wiedzieć?!-Po dużym garażu rozległ się głos Cassie. Pojawiła się jakby znikąd w wejściu,przez które przechodzili przed chwilą moi kumple.
-Cholera...-Burknąłem pod nosem kończąc wycieranie dłoni ze smaru.
Nikt nie wiedział co ma zrobić. Zapadła totalna cisza.
-Znam tą dziewczynę. Przylepa króla wyścigów na północnych obrzeżach LA.-Michelle szepnęła podchodząc do mnie powoli.
-To moja dziewczyna.-Odpowiedziałem szybko,łapiąc kontakt wzrokowy z Jamesem.
-Proszę Justin...mów.-Wskazał dłońmi zrezygnowany na Cassie,która nie wyglądała na zadowoloną.
-Zaraz wrócę.-Westchnąłem zakładając na koszulkę na ramiączkach koszulę w kratę. Ruszyłem w stronę dziewczyny i obejmując ją w pasie ramieniem wyszedłem z nią na zewnątrz.
-Wsiadaj.-Otworzyłem jej drzwi samochodu ze strony pasażera. Cassie usiadła z założonymi rękoma na miejsce obok którego po chwili pojawiłem się ja.
-Wiem,że to nie wygląda ciekawie.-Zacząłem.
-Tylko nie ściemniaj,powiedz prawdę.-Złagodziłem jej spojrzenie,gdy chwyciłem jej dłoń w swoje obydwie.
-Jeśli powiem prawdę to mnie zabijesz.-Wypuściłem ciężko powietrze z moich ust.
Dziewczyna nic nie odpowiedziała,czekała na wytłumaczenie.
-Zgodziłem się pomóc Jamesowi w schwytaniu Trace'a.-Wyszeptałem przygotowując się na krzyk Cassie. Ona nadal milczała. Westchnęła cicho wychodząc z samochodu.
-Kochanie...-Również wysiadłem,ponieważ myślałem,że chce odejść. Ona jednak weszła z powrotem do warsztatu. Szybko poszedłem za nią.
-Chcę z wami współpracować. Pomogę wam.-Ogłosiła,a Rodney się zaśmiał. Wszystkie spojrzenia pokierowały się na niego,więc się uspokoił.
-Masz już jeden problem na głowie.-Odpowiedział James.
Nie chciałem się odzywać,było mi głupio,że Cassie musiała się o tym dowiedzieć teraz.
-Nie obchodzi mnie to,chcę wam pomóc.-Blondynka stanowczo stawiała na swoim.
-Dziewczyna jest dobra.-Wtrąciła Michelle z uśmiechem w stronę Cass,na co i ona odpowiedziała uśmiechem. Pewnie znały się,czego ja nie wiedziałem. James się zgodził,więc wszyscy zaczęli witać się z dziewczyną. Ja usiadłem na schodkach z boku i przyglądałem się radości ich wszystkich. Nie byłem zadowolony,że Cassie dołączyła do naszej grupy. Martwiłem się o nią,nie chciałem żeby coś jej się stało.

不怕


Przepraszam,ze rozdziały są takie krótkie. Z czasem będą się wydłużały. Zależało to od mojej weny,kiedy je pisałam.
Jestem już w połowie drogi do pisania ostatnich rozdziałów tego opowiadania,ale mogę was zapewnić,że na pewno będzie to fanfiction trwało jeszcze w trakcie roku szkolnego:)

Czekam na wasze opinie w komentarzach! Dzięki za wasze wsparcie!




ASK

TWITTER
Tagi: .
02.08.2015 o godz. 19:38

Chapter 30


Obudziłem się późno. Cassie już nie było w łóżku jednak słyszałem za drzwiami sypialni,że zbiera się do pracy. Niechętnie przeciągnąłem się i wstałem otwierając na szeroko balkon,by świeże powietrze mnie trochę rozbudziło. Jeszcze trochę nierozbudzony otarłem twarz dłońmi i zaczesałem swoje włosy do tyłu.
Wyszedłem z pokoju ziewając.
-Dzień dobry.-Jęknąłem zmęczony przytulając dziewczynę od tyłu,gdy ta chowała swoje rzeczy do torby.
-Hej,wyspałeś się chociaż trochę? Całą noc się wierciłeś.-Cassie odkręciła się w moją stronę. Zerknęła na moje podpuchnięte oczy i pogłaskała mnie dłonią po policzku.
-Nie.-Zaśmiałem się.-Ale mam teraz kilka dni wolnych.
-Zazdroszczę ci.-Cassie uśmiechnęła się miło zerkając na zegarek na ręku.-Okej,ja lecę,bo się spóźnię. Pa.-Przelotnie pocałowała mnie w usta i szybkim krokiem wyszła z mieszkania. Jeszcze chwilę po jej wyjściu w korytarzu unosił się zapach jej perfum.
Nie miałem ochoty się nigdzie ruszać,więc ubrałem się i zjadłem śniadanie leżąc na kanapie przy oglądaniu nudnych powtórek seriali z wczorajszego wieczoru. Nie chciałem myśleć o wydarzeniu z nocy,kiedy mama zadzwoniła uradowana,że Jason się w końcu odezwał. Rozumiem jej radość,bo w końcu usłyszała swojego syna. Szkoda,że nie zna o nim całej prawdy.
Moją niechcianą wojnę z myślami przerwał w końcu dzwoniący telefon. Spojrzałem na wyświetlacz. Widząc imię "Michelle" od razu wiedziałem,że coś się szykuje.
-Tak?-Zapytałem szybko.
-Dzisiaj o 15:00 w warsztacie,sprawy się trochę pokomplikowały.-Usłyszałem lekko zdenerwowany głos dziewczyny. Nie było to na porządku dziennym,była zawsze pewna siebie.
-Jasne,będę.-Odpowiedziałem zerkając na zegar przy telewizorze,który wskazywał aktualnie godzinę 12:00.
Chwilę później w słuchawce rozległ się tylko dźwięk przerwanego połączenia.

Cassie's Dad


Przyglądałem się jak moja młodsza córka ogląda dziecięce seriale w telewizji. Siedziałem obok niej i nie miałem najmniejszej ochoty na to patrzeć,jednak nie miałem wyboru. Kobiety w tym domu mają przewagę liczebną,nawet jeśli Cassie już tutaj nie mieszka. Minęło już trochę czasu odkąd wyprowadziła się,a wszystko stało się tak nagle. Rozmawiałem z moją kochaną małżonką na ten temat wiele razy. Miałem co do tego pewne podejrzenia. Z każdym dniem przychodziło mi coś innego do głowy. Bałem się,że coś ukrywa. Może zaszła w ciążę i nie chce o tym powiedzieć,może ma mnie i matki dosyć, może Justin się jej oświadczył lub wzięli potajemny ślub. Naprawdę mój mózg nigdy nie spał,cały czas,nawet w trakcie snu miałem jakieś "wizje" na temat wyprowadzki mojej córki. Czułem się okłamywany albo po prostu zgłupiałem. Jestem nadopiekuńczym ojcem i nie mogę pogodzić się z faktem,że moje dziecko jest już dorosłe. Cassie w tym roku obchodzi 20 urodziny,mój mały szkrab,który zawsze sikał na dywany,rozkwita.
-Wiesz co może u naszej pierworodnej?-Zaśmiałem się podczas jedzenia wspólnego obiadu. Kobieta westchnęła ciężko,a ja oblałem się zimnym potem.-Coś się stało?
-Nie,nie. Chyba...trochę już za nią tęsknię.-Dostałem w odpowiedzi od żony.
-To tak jak my wszyscy,ale musimy się przyzwyczaić,że ma pracę,chłopaka i nie będzie zajmowała się starymi dziadkami.-Odganiałem od siebie wszystkie moje wymyślone scenariusze pod tytułem: "Powód.dla którego moja córka wyprowadziła się z domu".
-Martwię się o nią.-Blondynka odłożyła łyżkę do zupy i zaczęła rozmyślać.
-Nie martw się,da sobie radę. Justin wydaje się być dobrym i rozsądnym mężczyzną...
-Mężczyzną...? Przecież to jeszcze dzieciak!
-Co ty taka jakaś przerażona jesteś? Zawsze byłaś tą "matką na luzie".-Zapytałem podejrzliwie,więc kobieta nic już nie odpowiedziała i zabrała się do jedzenia obiadu.

Cassie


Wróciłam dzisiaj wcześniej do domu. Około 16 weszłam do mieszkania.
-Justin,jestem!-Krzyknęłam radosnym krokiem przechodząc przez korytarz jednak nie otrzymałam odpowiedzi. Rozejrzałam się po wszystkich pomieszczeniach. Nikogo nie było. Dopiero po jakimś czasie zauważyłam niewielką karteczkę leżącą na kanapie.

Jeśli wróciłaś już do domu a mnie nie ma,to znaczy,że zjadły mnie potwory!
Justin.


Zaśmiałam się pod nosem i zaginając kartkę w połowie odłożyłam ją na szklany stolik. Ruszyłam do kuchni. Miałam w planie zrobić obiad,ale jeśli Justin nie wiedział,że wrócę wcześniej,to znaczy,że nie będzie go do późna. Mimo wszystko,w lodówce nie było zbyt wiele jedzenia,więc postanowiłam wybrać się na zakupy.
Wyszłam z mieszkania i energicznym krokiem ruszyłam na przystanek autobusowy. Tam wsiadłam w autobus,którym dojechałam na ulicę w okolicy której znajduje się najbliższy supermarket. Musiałam trochę iść przez wąskie uliczki,żeby dostać się do sklepu. Byłam w połowie drogi do celu,gdy moim oczom ukazało się białe Ferrari. Nie zwróciłabym na nie większej uwagi gdyby rejestracja samochodu nie była identyczna jak w aucie Justina. Stało tutaj dużo pojazdów,praktycznie jeden za drugim,ale nie spodziewałabym się,że znajdę tutaj tak bardzo znany mi samochód. Podniosłam głowę,by przeczytać na zardzewiałym szyldzie co to za miejsce. Niestety,nazwa "Ben's Place" nic mi nie mówiła. Wszystko wskazywało na to,że był to jakiś warsztat. Ogromne drzwi,pewnie do wjazdu dla samochodów,były zamknięte,ale tuż obok było wejście do biura. Na starych drzwiach napisane było,że miejsce to już nie istnieje. Jego wygląd zewnętrzny mówił sam za siebie.
Zadzwoniłam do Justina,dźwięk jego komórki usłyszałam zza dużych starych,metalowych drzwi. Czyli,że tutaj był. Ale dlaczego? Nie rzucałam podejrzeniami. Z początku myślałam,że jest gdzieś w pobliżu i mogłabym się z nim spotkać,ale teraz trochę się przestraszyłam,tym bardziej,że chłopak odrzucił moje połączenie.

不怕


Nie ukrywam,że jest mi przykro widząc zaledwie trzy komentarze pod nowym rozdziałem.

Po raz kolejny mam cichą nadzieję,że liczniej wyrazicie swoją opinię w komentarzach.



ASK

TWITTER
Tagi: .
26.07.2015 o godz. 22:12

5

O godzinie 12:21 dziewczyny zaczynają się przebudzać. O 14 w domu jestem już tylko ja, Ronnie i Caroline. Bawimy się w trójkę.
Caro rzuca mi jakąś piłkę a ja latam za nią jak głupi. O dziwo jest to naprawdę przyjemne i fajne, ale po chwili jestem już zmęczony. Siadam na podłodze jednak kiedy mała blondynka rzuca przedmiot gdzieś przed siebie nie mogę się powstrzymać i biegnę za zabawką.
Zatrzymuję się gdy słyszę dzwonek do drzwi. Ronnie wstaje i udaje się do przedpokoju by otworzyć.
Widzę wysokiego chłopaka, na oko w naszym wieku, może trochę starszego.
Kim on ***** jest?!
Dlaczego witają się całusem w policzek?!
- Hey Ronnie. Jak tam?
- Okay, wchodź - idą korytarzem.
Chłopak mnie zauważa i podchodzi kucając przede mną.
- Awww jaki słodziak - chce mnie pogłaskać jednak ja prycham i odstraszam go ostrymi zębami i pazurami.
Działa ponieważ blondasek się cofa.
Śmieje się nerwowo i razem z Ronnie siadają na kanapie. Włączają jakiś film, ale mała zaczyna narzekać i domaga się Alladyna. Kiedy jest bliska płaczu decydują się puścić bajkę.
Dziewczynka zadowolona ze swego zwycięstwa bierze mnie na ręce i siada na podłodze tuląc we mnie swoją twarzyczkę i skupiając się na bajce.
Ja swoją uwagę poświęcam dwójce siedzącej na kanapie.
Ten dupek obejmuje ją ramieniem.
I co ja mam myśleć? Ronnie mnie zdradza? Nigdy bym się tego po niej nie spodziewał. I to jeszcze z kimś takim?!
- Co dzisiaj porabiałaś? - pyta szeptem prawdopodobnie nie chcąc przeszkadzać małej blondynce w seansie.
- Spałam do 13. Dziewczyny zostały u mnie na noc - kiwa głową i zaczynają rozmawiać o nowym albumie jakiegoś zespołu rockowego. Nie zachowują się jak para kochanków. Właściwie to nawet na siebie jakoś specjalnie nie patrzą. Może to przez obecność dziecka?
Oznajmiają, że idą zrobić coś do jedzenia. Mała zostaje przed telewizorem a oni udają się do kuchni. Ja podążam za nimi. Robią naleśniki, wciąż zachowują się jedynie jak przyjaciele. Może to naprawdę tylko jej kumpel?

Po raz kolejny moja osoba staje się tematem do rozmowy.
- Bryan się odzywał? - pyta chłopak a dziewczyna wzdycha i kręci głową.
- Nie. Ciągle bez zmian. On... Myślę, że ma kogoś. Że spotyka się z kimś na boku - jej głos się łamie a ja czuję nieprzyjemne uczucie w żołądku.
Co? Nie! Skarbie, przecież bym Cię nie zdradził.
Cholera, dlaczego ona tak myśli?
Wszyscy, którzy się o mnie wypowiadają robią to w negatywny sposób, że jestem zakochanym w sobie dupkiem.
Może faktycznie w moim słowniku słowo "ja" występuje zbyt wiele razy? Może jestem tak zapatrzony w siebie, że nie widzę tego, że ranię wszystkich wokół? Że ranię dziewczynę na której cholernie mi zależy?

Fuck...

***

"Szlag" klnie Ronnie i klęka przy mnie drapiąc za uchem. Dokładnie tak jak lubię.
- Nie możesz u mnie dłużej zostać Bryan - wspominałem, że mnie tak nazywa? Stwierdziła, że musi mnie jakoś nazwać i wpadła na ten pomysł gdy zauważyła, że często wpatruję się w nasze wspólne zdjęcia. Niezwykle trafione kochanie.
Zaraz, zaraz... Co?! Jakie "nie możesz u mnie dłużej zostać, Bryan"?! Dlaczego?! - jutro przyjeżdża moja ciocia i kuzynki, i jedna z nich ma uczulenie na kocią sierść - wzdycha robiąc smutną minę. Bierze mnie na ręce i przytula - Ale nie martw się. Damy Cię do schroniska. Będziesz miał dom, opiekę, jedzenie. Znam właściciela. Będzie się o ciebie troszczył. On kocha zwierzęta - nie, nie, nie! Nie zgadzam się!
Ronnie chcę zostać z tobą! Jak mam być kotem to twoim. A jeśli nie to zanieś mnie do Jenkinsa. Tak! Do mojego wujka! On to wszystko naprawi! Że też wcześniej na to nie wpadłem. Muszę wrócić do pracowni. I wszystko będzie dobrze.
Tagi: Cat's Face
24.07.2015 o godz. 12:29

Chapter 29


Wróciłem późnym wieczorem do domu. Zamknąłem za sobą drzwi na klucz i dość głośno oznajmiłem Cassie,że wróciłem.
Nie pomyślałem,że jest 22:00,że Cass jest zmęczona po pracy i że może zasnęła. Jak zawsze najpierw robię,potem myślę.
Nie myliłem się,dziewczyna spała na kanapie przykryta miękkim kocem. Wyłączyłem pilotem grający cicho w tle telewizor i odłożyłem klucze od samochodu na szklany stolik.
-Kochanie,śpisz?-Zadałem Cassie banalne pytanie do ucha. Nie uzyskałem odpowiedzi,więc nie chcąc jej budzić delikatnie odkryłem koc i wzięłam dziewczynę na ręce. Kiedy kładłem ją w sypialni na łóżko zaczęła się budzić,więc by jej nie niepokoić szepnąłem przy pocałunku w czoło:
-Spokojnie,nic się nie dzieje,to ja Justin. Śpij dalej.
Nie otwierając oczu pokiwała delikatnie głową układając się wygodnie pod kołdrą,którą ją okryłem. Uśmiechnąłem się miło głaszcząc blondynkę po głowie.
-Zaraz przyjdę,wezmę tylko prysznic.-Powiedziałem cicho wychodząc z pokoju.
Zaczynałem się trochę martwić,już nie koniecznie o Cassie,chociaż o nią troszczę się aktualnie najbardziej,ale o samego siebie. Obawiałem się,że ta jedna niewinna akcja może zakończyć się nieprzyjemnie,ba...nawet tragicznie. Zadzieranie z Tracem to nadstawienie piersi do kuli,on nie jest na naszym poziomie. James pogrąża się w coraz to gorsze kłopoty.
Ciepła woda obmywała moje ciało kiedy leżący na pralce telefon zaczął dzwonić. Wycierając się ręcznikiem sięgnąłem po komórkę na której wyświetlaczu pojawił się numer zastrzeżony.
Odebrałem.
-Tak?-Czuć było zdziwienie i przerażenie w moim głosie.
-Wiesz kto dzwoni.-Mimo jego drżącego głosu świetnie rozpoznałem mojego starszego brata.
-Czego chcesz?!-Warknąłem.
-Twojej pomocy.-Głos Jasona załamywał się powoli,jednak ja nie czułem potrzeby,by dać mu szansę.
-Jakiej pomocy?-Dopytałem z ciekawością nie tracąc dystansu do niego.
-Chcę wszystko odwrócić i nie wiem jak...-Płakał,tak on płakał. Chyba pierwszy raz od dziecięcych lat słyszałem jego płacz.
Chwilę się zawahałem,minutę później rozłączyłem się pozostawiając Jasona samemu sobie.
-Nie mam zamiaru ukazywać tobie żalu,bracie.-Burknąłem patrząc na kończące się połączenie.-Nie po tym co jej zrobiłeś.

Jason


Cisnąłem telefonem o ziemię. Domyślałem się,że Justin nie będzie chciał ze mną rozmawiać.
Klęczałem zalany łzami przy odkopanym ciele Johnsona. Ciemności,las...dookoła nikogo nie było. Patrzyłem na szczątki mojego przyjaciela,obrzydliwe robactwo pożywiło się już większością jego mięsa. Dookoła roznosił się nieprzyjemny zapach rozkładającego się ciała.

Już teraz wiem jak czuł się mój brat. Depresja dobijała człowieka,nawet tego,który wydawał się być najlepszy,najsilniejszy.
Nie wiem co zrobić teraz z Cassie. Zaczynam żałować jakim człowiekiem byłem,chciałbym się zmienić,jednak sam nie dam rady. Muszę nabrać odwagi i wrócić do domu. Powiedzieć:
-Mamo,tato...wróciłem. Przepraszam. Kocham was.
Ale czy oni mi zaufają? Justin będzie zawsze przeciwko mnie,będzie bronił Cassie,która tak naprawdę sama wepchnęła mi się wcześniej do łóżka. Przecież to ona się we mnie zakochała,dobrze wiedziała jakim chujem jestem.
Ale z resztą...co za różnica. Zawsze będą po stronie pokrzywdzonej dziewczyny.
Uczyniłem znak krzyża i podniosłem się z ziemi. Chwyciłem łopatę i zacząłem zakopywać ciało Johnsona z powrotem.

Justin


Cassie obudziła mnie w środku nocy. Szturchała mnie w ramię szepcząc moje imię. Odkręciłem się leniwie w stronę dziewczyny. Spojrzałem jednym okiem na siedzącą na łóżku Cass przy przeciąganiu się.
-Wszystko w porządku?-Zapytałem z delikatnym uśmiechem siadając obok niej nie odkrywając ze swoich nóg kołdry.
-Telefon ci cały czas dzwoni. To twoja mama. Nie chciałam odbierać.-Cassie podała mi moją komórkę,a ja złapałem się za głowę widząc kilkadziesiąt nieodebranych połączeń od moich rodziców.
-Cholera,coś się musiało stać.-Pospiesznie oddzwoniłem na numer mojej mamy,a dziewczyna siedząca obok mnie chcąc mnie uspokoić delikatnie głaskała mnie po plecach.-Mamo?-Zapytałem przestraszony,kiedy kobieta odebrała połączenie.
-Justin,nie uwierzysz co się stało.-Płakała.
-Coś się stało,mamo,nie płacz.-Spojrzałem na Cassie,która też zaczęła się martwić. Wyszedłem więc z sypialni na balkon,by nie niepokoić dziewczyny.
-Jason zadzwonił,rozumiesz?! Powiedział,że wszystko u niego dobrze i że za nami tęskni!-Mama była najwyraźniej bardzo szczęśliwa,a mi przyspieszyło serce. Nie wiedziałem co mam powiedzieć,kłamałem,że się cieszę i że to dobrze,że się odezwał,a kiedy się rozłączyłem musiałem chwilę pobyć na zewnątrz,bo myślałem,że szlag mnie trafi.
-Justin,coś złego się stało? Możesz mi o wszystkim powiedzieć.-Cassie niepewnie wyszła na zewnątrz, ubrana w same piżamy i boso.
-Nic się nie stało skarbie. Wracaj do środka bo zmarzniesz i się przeziębisz.-Wymusiłem delikatny uśmiech na swojej twarzy.
-Przecież widzę,coś jest nie tak.-Podeszła bliżej mnie opierając się dłońmi o barierkę stając,jak ja łokciami.
-Nie ważne,to dość prywatna sprawa.-Skłamałem,by nie przestraszyć jej zaistniałą sytuacją.
-Oh,przepraszam,nie chciałam...-Westchnęła spuszczając wzrok.
-Nie przepraszaj.-Przytuliłem Cassie od boku muskając wargami jej policzek.-Chodź,wracamy do środka.-Przepuściłem blondynkę pierwszą w drzwiach balkonowych,po czym położyłem się z nią z powrotem do łóżka. By na chwilę zapomnieć o całym dzisiejszym nieprzyjemnym wieczorze i nocy,całowałem się namiętnie z moją piękną dziewczyną.
-Kocham cię.-Mruknęła zarumieniona ze słodkim uśmiechem na ustach.

不怕


Na sam początek mam dla was kilka informacji.
Otóż postanowiłam prowadzić to fanfiction na dwóch stronach,tzn. tutaj i na Wattpadzie. Zrobiłam to dla waszej wygody,ponieważ dobrze wiem,że niektórym wygodniej jest czytać na innych stronach.
Póki co przenoszę tam stopniowo rozdziały. Jak dobrze pójdzie powinnam nadrobić wszystko do wtorku.
Zapraszam na moją stronę na wattpadzie,możecie mnie tam zaobserwować,komentować i dawać gwiazdeczki jeśli macie konto.
Jeśli ktoś jest zainteresowany przypomnieniem sobie co działo się od początku opowiadania to również może sobie tam przypomnieć.

Po drugie - założyłam TWITTERA.
Możecie mnie zaobserwować (dam follow back),zrobić shoutout,ponieważ zależy mi na rozgłoszeniu konta i jeśli będziecie chcieli możecie do mnie napisać,że chcecie żebym was tam powiadamiała o rozdziałach.

Czekam na wasze opinie co do nowego rozdziału.




ASK

TWITTER


EDIT: Pisałam wcześniej o tym,że będę chciała pisać fanfiction jeszcze na wattpadzie. Odpada...kiedy kopiuję rozdziały cały czas mi je ucina i nie dam rady ich przenieść.
Tagi: .
19.07.2015 o godz. 16:38

Chapter 28


Jason


Kolejny dzień,kolejne piwo,kolejny kieliszek wódki,kolejne wysłanie moich ludzi na śledzenie Cassie. Już mi to nawet nie daje przyjemności. Początkowo nie martwiłem się o to,że zabiłem swojego przyjaciela,ale teraz to po prostu mnie przewyższa. Nigdy bym nie pomyślał,że wpadnę w tak głęboki dołek.
Wyciągnąłem z barku kolejną butelkę z najmocniejszym trunkiem jakie ostatnio kupuje. Spojrzałem ze smutkiem na mały kieliszek.
-Chyba trzeba cię zamienić kolego.-Chwiejnym krokiem ruszyłem do kuchni. Wyciągnąłem dość dużą szklankę i wlałem alkohol do pełna.-Za twoje zdrowie Johnson!-Podniosłem niezdarnie szkło do góry ulewając wódkę na podłogę,po czym wypiłem wszystko jednym tchem. Zakrztusiłem się płynem,pomijając już cholerne pieczenie w przełyku. Myślałem,że zaraz umrę,jednak najwyraźniej to nie był jeszcze na mnie czas. Położyłem się na kanapie i włączyłem telewizję. Cóż za emocjonujące popołudnie.

Cassie


Siedziałam w szpitalu na krzesełkach w korytarzu. Czekałam na Ginger,z którą się tutaj umówiłam. Miała dzisiaj przyjść na USG,żeby dowiedzieć się płci dziecka i ogólnie sprawdzić,czy wszystko jest w porządku. Po chwili drzwi,nad którymi dużymi literami napisane było "Ginekologia",uchyliły się a w nich pojawiła się moja przyjaciółka ze swoim chłopakiem. Pełni radości przywitaliśmy się przytuleniem. Było to pierwsze nasze,moje i Bryana,spotkanie od tej nieprzyjemnej nocy,kiedy zapłakana Gigi przyszła do mnie gdy Bryan był pijany.
-Mam nadzieję,że Justin nie ma do mnie zbyt wielkiego żalu za to co mu zrobiłem.-Wtrącił chłopak podczas rozmowy.
-Jeszcze będziesz miał okazję go za to przeprosić. Właściwie to obydwaj będziecie musieli się przeprosić.-Uśmiechnęłam się miło starając się nie wgłębiać zbyt w ten temat.
Czekaliśmy na kolej dziewczyny to lekarza,kiedy w końcu nadszedł ten moment,Ginger pełna podekscytowania weszła ze mną do gabinetu. Mogłam towarzyszyć podczas badań,jednak Bryan musiał zaczekać na zewnątrz do badania USG. Kiedy upewniono się,że wszystko jest w porządku przeszliśmy do tego najbardziej wyczekiwanego momentu.
-A więc...to dziewczynka.-Powiedziała pogodnie lekarka,a Ginger się wzruszyła. Podczas gdy para się pocałowała,ja również uroniłam łezkę. Cieszyłam się ze szczęścia mojej przyjaciółki. A przecież jeszcze niedawno chciała usunąć ciążę.
Dostałam na pamiątkę zdjęcie USG od Ginger,na odwrocie które napisała:
-Nazwiemy ją Cassandra,bo uratowałaś jej życie przed moją głupią decyzją.

Justin


Pojechałem do warsztatu Jamesa na spotkanie z naszą nową grupą. Miło było ich wszystkich znowu zobaczyć,jednak kiedy myślałem w co się znowu wplątałem trochę o tym zapominałem. Zaczęliśmy rozmawiać o całym planie.
-Namierzyliśmy już komórkę Trace'a,więc mamy go na oku.-Mówił Chris siedzący przy komputerach,kiedy ja i Michelle zajmowaliśmy się podrasowaniem samochodów "pożyczonych" z policyjnego parkingu zatrzymanych samochodów przez Brandona i Vincenta.
-Wyruszamy o 19,nie będziemy mieli lepszej okazji. Trace wtedy jest u siebie z żoną.-Wtrącił się pomiędzy nasze luźne rozmowy James.
-Nie zdążymy zrobić dzisiaj wszystkich samochodów.-Michelle wysunęła się spod auta spoglądając po kolei na nas wszystkich.
-Jutro Trace jedzie do Meksyku po towar,nie zdążymy go zatrzymać.-Dostaliśmy w odpowiedzi od Jamesa.
-Będziemy musieli mu przeszkodzić,gdy już będzie go będzie miał.-Rodney wpadł na swój pierwszy dobry pomysł w tej sprawie.
-Rod ma rację,ale ktoś musi być przy nim,ktoś kto wkręci się w jego grupę.-Dodałem.
-Ja pojadę.-Zgłosiła się Michelle.
-Nie,nie puszczę cię tam samej,nie dasz rady.-Zaprotestował natychmiast James.
-Słuchaj,kobiecie wdzięki mam,ale kiedy ktoś zajdzie mi za skórę potrafię mu skopać dupę.-Dziewczyna najwyraźniej zdenerwowała się tym,że James ją ocenił jako słabszą. Podeszła do niego zaciśniętymi pięściami,wszyscy myśleliśmy,że zaraz mu przywali,jednak się powstrzymała.-Każdej nocy na obrzeżach miasta robi imprezę,wyścigi,laski i tak dalej. Pojadę tam.
-A co potem?-Zaśmiał się Rodney.
-Jeszcze zobaczysz.-Zmierzyła go ostrym wzrokiem i wróciła pod samochód.

不怕


Sześć komentarzy pod poprzednim rozdziałem. Robicie postępy,tylko trochę w złym kierunku:)

Przepraszam,ze rozdział nie pojawił się w weekend (jeśli była taka osoba,która na niego czekała).
Czekam na wasze opinie pod tym rozdziałem,może pojawi się ich trochę więcej (może chociaż 7 haha).




PYTANIA?
Tagi: .
13.07.2015 o godz. 15:01

Chapter 27


-Wychodzę.-Stałam właśnie przy kuchni i robiłam kolację,kiedy chłopak podszedł całując mnie w policzek.
-Naprawdę,musisz teraz?-Zapytałam z zawiedzeniem w oczach odkręcając się do chłopaka.
-Przepraszam,zjem później,jak wrócę.-Posłał mi miły uśmiech kiedy ja,by podeprzeć się o blat,niechcący dotknęłam gorącej patelni z warzywami i mięsem. Jęknęłam dość głośno z bólu odskakując natychmiast ze swojego miejsca.
-Szybko,pod zimną wodę.-Justin mocno chwycił moją dłoń by podstawić ją pod bieżącą wodę z kranu.
-Okropnie boli.-Syknęłam,kiedy Bieber poszedł założyć buty. Teraz zaczęłam dmuchać na dłoń,żeby móc pożegnać się jeszcze z chłopakiem pod drzwiami.
-Gdzie idziesz?-Zapytałam wycierając delikatnie dłoń o papierowy ręcznik. Justin najwyraźniej nie wiedział co powiedzieć. Pocałował poparzone miejsce na dłoni przez co zabolało ciut mocniej,ale starałam się tego nie pokazywać.
-Wrócę późno,nie czekaj na mnie.-Rzucił wychodząc z mieszkania. Nadal nie wiedziałam czemu w sobotni wieczór tak nagle zmienił plany. Dobrze wiedział,że dzisiaj planowałam ugotować tą pieprzona kolację. Najwyraźniej się rozmyślił lub uważa,że nie jestem zbyt dobrą kucharką. Wróciłam do kuchni. Dokończyłam

kolacje,którą później musiałam sama zjeść.

Justin


-Nareszcie jesteś.-Powiedział poważnie James,kiedy wysiadłem z samochodu.-Cieszę się,że wróciłeś.
-Ja też.-Dodałem po chwili opierając się o maskę auta.-Robię to dla niej,pamiętaj.
-Pamiętam.-Widziałem,że nie był zadowolony tym co usłyszał. Odszedł kilka kroków żeby spojrzeć na widok nocnego Los Angeles z góry. Włożyłem ręce do kieszeni kurtki i patrzyłem razem z nim.-Nadal nie mogę uwierzyć z Mia tutaj zginęła.-Westchnął w pewnym momencie.
Mia,jego dziewczyna,była ścigana przez jeden z większych ulicznych gangów Kalifornii. Pracowała dla nich,ale kiedy poznała Jamesa zmieniła strony,kiedy on uratował jej życie przed ostrzałami policji no i skazaniem jej na dożywocie.
W tym miejscu gdzie stoi moje auto,jej tuningowany przeze mnie Cadillac wybuchł przy zderzeniu z drzewem,którego już tutaj nie ma. Uciekała,by się uratować...
-Jaki jest plan?-Zapytałem po chwili ciszy.
-Na początek musimy znaleźć sobie nową grupę...-Mówił.
-A co z...-James przerwał mi śmiejąc się żałośnie.
-Przestraszyli się naszego zlecenia. Zadzieramy z największą szychą na rynku narkotykowym: Trace.
-Hej,hej,stój. Czekaj chwilę. Nie taka była umowa! Mieliśmy pozbyć się Jasona!-Zaprotestowałem szybko podchodząc do Jamesa.
-Tym też się zajmiemy,ale najpierw potrzebuję twojej pomocy!-Jego wzrok jak zawsze wyrażał gniew,ale tym razem pojawiło się w nich też błaganie.
-Nie chcę się w nic wpieprzyć. Cassie mi tego nie wybaczy.-Powiedziałem cicho odchodząc z powrotem do swojego samochodu. Zastanawiałem się nad tym jeszcze chwilę,ale ostatecznie zgodziłem się pomóc mojemu kumplowi.
-Mam dla ciebie namiary na dobrych ludzi.-Wyszukałem w telefonie numery do moich "dłużników". Za każdym razem kiedy zrobiłem dla kogoś coś na ich korzyść dostawałem odpowiedź: "Kiedy będziesz potrzebował pomocy,możesz na mnie liczyć". Dlatego właśnie wybrałem pięcioro z nich. Chris - od komputerów,Michelle - najlepsza od załatwiania broni,Brandon,Rodney,Vincent - najszybsi na drodze.
-Powiedz,że jesteś od Biebera. Będą wiedzieli co robić.-Dodałem kiedy James przepisywał do swojego telefonu kontakty.
-Wielkie dzięki przyjacielu.

Cassie


Nie mogłam zasnąć mimo późnej godziny. Justin nie odbierał ode mnie telefonów,a ja zaczęłam się o niego martwić. Nadal nie wiedziałam gdzie tak naprawdę pojechał.
Wstałam z łóżka,zapaliłam małe światełka w kuchni i nalałam sobie wody do szklanki. Powoli piłam małymi łyczkami. W ręku cały czas miałam telefon. Nagle klamka zaczęła się poruszać,po chwili kilka przekręceń kluczem i ciche trzaśnięcie.
-Hej. Nie śpisz jeszcze? Późno jest.-Chłopak podszedł do mnie. Powoli ucałował mój policzek chłodnymi ustami.
-Gdzie byłeś,martwiłam się o ciebie.-Spytałam z drobnymi łzami w oczach. Nie chciałam pytać go dlaczego czuję od niego alkohol.
-Musiałem spotkać się z Jamesem.-Westchnął po chwili ciszy.-Chcemy cię przecież chronić przed Jasonem.-Tłumaczył.
-Kłamiesz.-Z trudnością wypowiedziałam jedno proste słowo. Odstawiłam z hukiem szklankę na blat i wymijając chłopaka ruszyłam do sypialni.

Justin


Wiedziałem,że wyczuje,że coś jest nie tak. Jej kobiecy instynkt musiał jej w tym pomóc. Przeczesałem szybko swoje włosy ręką po czym ruszyłem do łazienki. Wziąłem szybki prysznic. Chwilę później wszedłem do sypialni. Cassie cicho płakała,a mi zrobiło się cholernie głupio. Nie chciałem jej okłamywać,ale jakby znała prawdę byłoby jeszcze gorzej. Nie domyślałem się,że tak szybko się czegoś domyśli.
-Kochanie.-Mruknąłem kładąc się obok dziewczyny. Przytuliłem się niepewnie do niej od tyłu. Pocałowałem ją czule na karku i odgarnąłem jej włosy z twarzy.-Chcę żebyś była bezpieczna,zrozum.-Miałem wrażenie,że ona nie miała najmniejszej ochoty mnie słuchać. Moja podświadomość nazywała mnie kłamcą,dlatego zamknąłem się już i odkręciłem się plecami do Cassie. Ja nie spałem,ale dziewczyna w pewnym momencie uspokoiła swój płacz i odpłynęła.
-Kocham cię.-Wyszeptałem.
-Też cię kocham.-Dostałem cichą odpowiedź.-Przepraszam.
-To ja przepraszam,jestem beznadziejny.-Odkręciliśmy się do siebie.
-Nie jesteś.-Cass otarła swoje łzy po czym mocno się do mnie przytuliła.

Cassie


Zaspałam do pracy,dlatego w przyspieszonym tempie wykonałam poranną toaletę. Ubrałam się i już nie miałam zamiaru jeść śniadania.
-O nie kochana,nigdzie cię nie wypuszczę dopóki czegoś nie zjesz.-Zaśmiał się Justin biorąc mnie na ręce kiedy już byłam przy drzwiach.
-Przestań,jest za pięć minut ósma!-Nie było mi w tej chwili do śmiechu,dlatego szybko chłopak postawił nie z powrotem na podłogę.
-To weź chociaż śniadanie,które ci zrobiłem.-Dał mi do ręki brązową,papierową torebkę zawiniętą u góry.
-Dziękuję.-Złożyłam na uśmiechniętych ustach chłopaka kilka przelotnych pocałunków. Wychodząc pospiesznie z mieszkania wysłałam mu jeszcze małego buziaka.

Nadal martwiłam się co przede mną ukrywa,ale nie chciałam teraz do tego wracać. Kłamstwa kiedyś wyjdą na jaw.

不怕


Cześć wam!
Mam nadzieję,że wakacje mijają wam miło.

Jeśli ktoś czytał mojego aska ostatnimi czasy mógł zobaczyć informację,że chcę się przenieść na Wattpad. Tak było,ale po chwili namysłu zmieniłam zdanie.
Po pierwsze - mam tutaj tyle rozdziałów,że nawet nie chciałoby mi się ich tam przenosić.
A po drugie - jeśli komuś podoba się moje opowiadanie,to nie zważając na stronę będzie je czytał.
Przechodziłam ostatnio trochę stresujący czas,a to dlatego,że zbliżało się ogłoszenie wyników matur - zdałam i jestem bardzo zadowolona z wyników,ale wcześniej nie miałam pojęcia jak to pójdzie,więc byłam dość poddenerwowana i zirytowana. Przepraszam,że musieliście znosić moje fochy dotyczące jak mało komentarzy mam pod rozdziałami.

Czekam na wasze opinie co do tego rozdziału.
Aktualnie przechodzę fazę pisania długich rozdziałów (jestem na pisaniu 38 rozdziału),więc teraz się trochę pomęczycie z krótkimi,a później wszystko się wydłuży.

Od razu was informuję,że już od przyszłego roku akademickiego prawdopodobnie idę na studia,ale kiedy tak sobie myślę,to przecież nie zatopię się tak całkowicie w naukę. Poznam nowych ludzi,poimprezujemy,może jakiś mały staż (po liceum? haha,no ale sie zobaczy),ale na hobby jakim jest pisanie też powinnam znaleźć czas. Więc jeśli uznam,że dam radę pogodzić to wszystko ze sobą,to gdybym tak każdy wolny weekend poświęcała na pisanie rozdziałów,to może dam radę napisać jeszcze jedno fanfiction.
Nic nie obiecuję,bo różnie to wychodzi w moich planach.
Na razie będę dokańczać to opowiadanie,a w głowie mam jeszcze mniej więcej 12 wątków (mówiąc od rozdziału 38 na który jest w fazie pisania),które muszę rozciągnąć czasowo.
Możliwe,że wyjdzie tak,że jeszcze długo będę pisała to ff.
Póki co nie chcę myśleć o jakiejś nowej fabule,muszę skończyć to co zaczęłam i nie zaprzepaścić tych pomysłów,które muszę wykorzystać teraz.

Dużo się rozpisałam,a teraz wy się rozpiszcie w komentarzach :)




PYTANIA?
Tagi: .
05.07.2015 o godz. 14:02
Wracałam powolnym krokiem do domu w towarzystwie Niall'a. Chłopak przez całą drogę nie odezwał się ani słowem. Dziś powiedział przyjacielowi, że jedzie na studia, przez co się pokłócili. Ja stałam się tego głównym powodem, ponieważ dowiedziałam się o jego wyjeździe jako pierwsza. Marco był wkurzony, że Horan zostawia go i jedzie do Ameryki. Melanie poparła swojego chłopaka, a ja wzięłam stronę blondyna, przez co my też się posprzeczałyśmy.
Z zamyślenia wyrwał mnie fakt, że dotarliśmy na miejsce. Zatrzymałam się i stanęłam naprzeciwko Niall'a.
- Może jednak nie powinienem jechać. - Odezwał się nie patrząc na mnie.
- Oczywiście, że powinieneś jechać. Marco jest twoim przyjacielem i jest zły, że go zostawiasz. Po prostu będzie za tobą tęsknił, dlatego chce, żebyś został. - Blondyn spojrzał na mnie i na jego twarzy zagościł uśmiech.
- A ty będziesz za mną tęsknić?
- Nie. - Uśmiechnęłam się, a Niall to odwzajemnił.
- Ja już pójdę. - Wydawało mi się, że Horan chce mnie przytulić na pożegnanie, lecz w tym momencie otworzyły się drzwi i z domu wyszedł mój tata. Spojrzał na mnie, na blondyna i znów na mnie. Pożegnałam się z Horanem i weszłam do domu. Ojciec podążył za mną do kuchni, wcześniej zamykając drzwi. Wzięłam z szafki szklankę, a z lodówki sok, którym wypełniłam naczynie. Kątem oka widziałam, że tata usiadł na jednym z krzeseł i mnie obserwuje. Nie chciałam na niego patrzeć, ani z nim rozmawiać, bo wiedziałam co powie. Zawsze jest to samo, że albo jestem za młoda na chłopców, albo ten chłopak jest dla mnie nieodpowiedni.
- Kto to był? - Nie odpowiedziałam, ponieważ miałam na dzisiaj dosyć kłótni. - Nie chcę, żebyś się zadawała z tym chłopakiem. - Kontynuował.
- Dlaczego? - Chciałam na niego krzyknąć, ale naprawdę nie chciałam się kłócić.
- Nie jest to odpowiednie towarzystwo dla ciebie. - Wiedziałam, że nie warto nic więcej mówić, ponieważ znałam swojego tatę. Gdybym zaczęła się sprzeciwiać, skończyłabym z półrocznym szlabanem. Kiwnęłam tylko głową, odłożyłam pustą już szklankę i poszłam do swojego pokoju. Wkurzona usiadłam na łóżku. Miałam ochotę pójść do salonu, gdzie obecnie przebywał mój ojciec i powiedzieć mu co myślę o jego zdaniu na temat Niall'a. Powstrzymałam się jednak i skończyło się tylko na tym, że okładałam pięściami poduszkę. Gdy trochę mi przeszło, poszłam się umyć i przebrać w piżamę. Wracając do pokoju, wpadłam na ojca, który akurat wychodził z salonu.
- Kochanie, pojutrze idziemy na ślub córki mojego przyjaciela. - Odezwał się, a ja miałam ochotę go zabić, ponieważ akurat ten wieczór zamierzałam spędzić z Niall'em. Dzień później chłopak jedzie do Nowego Jorku.
- Dobrze. - Wyminęłam go, poszłam do swojego pokoju i od razu położyłam się spać.


Dwa dni później.
Siedziałam przy lusterku i poprawiałam makijaż. Cały wczorajszy i dzisiejszy dzień starałam się przekonać tatę, żebym nie musiała tam iść, jednak to na nic. Na szczęście zgodził się chociaż, żebym ubrała normalną sukienkę, a nie sari, dzięki czemu nie będę się aż tak wyróżniać.
- Shanti! - Usłyszałam jak tata mnie woła i niechętnie ruszyłam w stronę wyjścia. Tuż przy drzwiach stał mój ojciec ubrany w swój najlepszy garnitur. Jak zawsze, gdy idzie się spotkać z jakimiś ważnymi osobami, musi wyglądać idealnie. Spojrzał na mnie, skrzywił się, po czym otworzył drzwi i poszedł do samochodu. Podążyłam za nim, wcześniej zamykając drzwi na klucz. Po jakiś 20 minutach w nieprzyjemnej ciszy, dojechaliśmy na miejsce. Nie uczestniczyliśmy w ceremonii w kościele, ponieważ tata tak postanowił. Przed budynkiem, w którym odbywało się weselę stał mężczyzna, który jak się po chwili okazało, był przyjacielem mojego ojca. Nie miałam ochoty słuchać o czym rozmawiają, więc weszłam do środka. Mimo wszystko słyszałam, że tata mówi, że to moja wina, że jesteśmy tak późno. Miałam ochotę pójść tam i powiedzieć prawdę, ale nie odważyłam się. Rozejrzałam się dookoła, szukając jakiejś znajomej twarzy, jednak nikogo takiego nie zauważyłam.
- Państwo Horan, witam. - Usłyszałam głos kolegi taty, przez co szybko się odwróciłam. Zobaczyłam najprawdopodobniej rodziców Niall'a oraz jego samego stojącego obok. Patrzył się na swoje buty i na nic nie zwracał uwagi. Miałam wrażenie, że jego również rodzice zmusili do przyjścia tutaj.
- Witam, miło mi was widzieć. To jest moja córka, Shanti. - Powiedział pokazując na mnie, żebym podeszła. Zbliżyłam się do nich i w tym momencie Niall na mnie spojrzał. Na jego twarzy pojawił się uśmiech, co chyba trochę zdziwiło mojego ojca. - Kochanie, to są państwo Horan'owie i ich syn, Niall. - Przywitałam się z wszystkimi, lecz blondyn nawet na mnie nie patrzył. Wyglądało to tak, jakby się wstydził. Ojciec chwilę porozmawiał z rodziną chłopaka, po czym oznajmił, że idziemy się przywitać z jakimś innym jego kolegą. Odwróciłam się spoglądając na Niall'a, który nadal patrzył na swoje buty. - Jest to jedna z bogatszych rodzin na tym weselu. - Odezwał się mój ojciec, a ja spojrzałam na niego z zaciekawieniem. - Ale ten ich syn to tragedia. Dziwię się, że po tym wszystkim jeszcze się z nim pokazują. Ukradł im pieniądze i uciekł z domu. Pan Horan wynajął ludzi, żeby go znaleźli. Złapali go w Rosji, gdy wsiadał do samolotu. Niestety nie dowiedziałem się dokąd zamierzał lecieć. - Otworzyłam usta ze zdziwienia.
- Kiedy to się stało? - Zapytałam, gdy jakoś się oswoiłam z tą wiadomością.
- Jakoś na początku tych wakacji. - Jego mina wskazywała na to, że nie podoba mu się ten temat. Postanowiłam więcej go o to nie pytać.
- Pójdę po coś do picia. - Powiedziałam i ruszyłam w przeciwną stronę. Tak naprawdę nie byłam spragniona, ale chciałam na chwilę uwolnić się od ojca. W sumie to on będzie tak zajęty rozmawianiem z kolegami, że mogłabym zniknąć na godzinę, a on by się nawet nie zorientował.
- Hej Shanti. - Usłyszałam znajomy głos. Odwróciłam się i ujrzałam Niall'a. Na jego twarzy gościł dziwny uśmiech. - Chodź zatańczyć. - Nie zdążyłam nic odpowiedzieć, bo chłopak pociągnął mnie na parkiet.
- Mój ojciec nas zobaczy. - Powiedziałam i chciałam wrócić do ojca, który obecnie rozmawiał z jakiś nieznanym mi mężczyzną.
- Nie obchodzi mnie to. - Blondyn przyciągnął mnie do siebie i zaczęliśmy tańczyć do jakiejś wolnej piosenki. Zdenerwowana, co chwilę zerkałam na ojca. Wtedy przypomniało mi się co mówił mi o Niall'u i o jego ucieczce z domu. Postanowiłam go o to zapytać.
- Niall... - Zaczęłam, a on spojrzał na mnie tymi pięknymi, niebieskimi oczami. - To prawda, że uciekłeś z domu na początku wakacji? - Zapytałam, a on spojrzał na mnie lekko zdezorientowany.
- Tak. - Odpowiedział zmieszany. - Pewnie z plotek wiesz już wszystko.
- Nie obchodzą mnie plotki. Chciałabym od ciebie usłyszeć jak to było naprawdę.
- Uciekłem, bo pokłóciłem się z rodzicami. Chciałem pojechać na wakacje, ale mi nie pozwolili, więc wziąłem pieniądze i pojechałem. - Uśmiechnął się lekko, a ja się zaśmiałam. I to ma być powód do ucieczki?
- A gdzie chciałeś pojechać? - Po tym pytaniu przestał na mnie patrzeć, tylko rozglądał się dookoła.
- Do... - Zawahał się, jakby się nad czymś zastanawiał. - Do Nowego Jorku.
- Przez Rosję? Nie lepiej było lecieć w drugą stronę?
- Wolałem lecieć naokoło. - Nadal na mnie nie patrzył, ale dostrzegłam na jego twarzy cień uśmiechu.
- Powiedz mi prawdę. - Widziałam, że chciał mi odpowiedzieć, lecz w tym momencie obok nas pojawia się jakaś dziewczyna. Z początku jej nie poznałam, jednak po chwili zorientowałam się, że to Victoria.
- Mogłabym zatańczyć z moim chłopakiem? - Zapytała dając duży nacisk na dwa ostatnie słowa. Zdziwiona spojrzałam na Niall'a, a on patrzył na mnie z bardzo dziwnym wyrazem twarzy.
- Jasne. - Zrobiło mi się trochę przykro, jednak nie dałam tego po sobie poznać. Jestem tylko koleżanką blondyna, nikim więcej. Niechętnie wróciłam do ojca, który nawet na mnie nie spojrzał. Rozmawiał z kolegą, którego pierwszy raz widzę na oczy. Resztę wieczoru spędziłam na siedzeniu gdzieś w kącie i czekaniu, aż tata pozwoli mi wrócić do domu. Niall i Vicki gdzieś zniknęli, więc nie było tu już absolutnie nikogo, kogo znam.


Następnego dnia.
Siedziałam przed domem i piłam herbatę. Było bardzo wcześnie, ale ja nie mogłam spać. Dużo myślałam o Niall'u i o mojej przyszłości. Chciałam otworzyć szkołę taneczną dla dzieci, lecz ojciec nie nigdy nie da mi na to pieniędzy. Uważa, że to bezsensowne i nie warto tracić na to czasu. Jego zdaniem powinnam już wziąć ślub i być dobrą żoną. Muszę w końcu z nim o tym porozmawiać, albo naprawdę zacznie mi szukać męża.
- Hej. - Usłyszałam znajomy głos i podniosłam głowę. Przede mną stał Horan.
- Hej. - Chłopak usiadł obok, wziął mój kubek i napił się już zimnej herbaty.
- Czemu tu siedzisz o tak wczesnej porze? - Zapytał oddając mi puste naczynie. Nie zrobiło to na mnie żadnego wrażenia, ponieważ i tak bym pewnie tego nie wypiła, gdyż nie lubię zimnej herbaty.
- Nie mogłam spać. A ty, co tu robisz?
- Poszedłem się przejść i akurat zobaczyłem ciebie, więc podszedłem. - Spojrzał na mnie i się uśmiechnął. - Za niecałą godzinę muszę jechać na lotnisko, bo mam samolot do Nowego Yorku.
- Wiem, pamiętam.
- Muszę zaraz iść. Przyszedłem się tylko pożegnać. - Poczułam dziwny ucisk w sercu na myśl o tym, że Horan wyjeżdża.
- Więc żegnaj. - Uśmiechnęłam się do niego, po czym wstałam. Blondyn zrobił to samo i stanął naprzeciwko mnie.
- Będziesz za mną tęsknić?
- Nie. - Uśmiechnęłam się, co chłopak odwzajemnił.
- Szkoda, bo ja tak. - Byłam zdziwiona, że to powiedział, a jeszcze bardziej, gdy zbliżył się i pocałował mnie w policzek. Nie zdążyłam nic zrobić, nic powiedzieć, bo Niall odszedł. Stałam, wpatrując się w jego oddalającą się sylwetkę. Po chwili odwróciłam się, wzięłam kubek i wróciłam do domu. W kuchni siedział tata i jedząc śniadanie, oglądał telewizje.
- Shanti, musimy porozmawiać. - Powiedział, gdy chciałam iść do swojego pokoju. Niechętnie usiadłam na fotelu, naprzeciwko ojca.
- Słucham. - Odłożyłam pusty kubek na stolik, bo wkurzało mnie trzymanie go.
- Dzisiaj przyjeżdża do nas twoja kuzynka ze swoim narzeczonym. - Oznajmił, a mnie zamurowało. Od razu wiedziałam o kim mówi, gdyż tata ma tylko jednego brata, który ma jedną córkę. Nie wiedziałam czy mam się śmiać, czy płakać. Z jednej strony ją lubiłam, a z drugiej była strasznie wkurzająca. Kavya Kapoor. Najpiękniejsza i najmądrzejsza osoba w rodzinie. Zawszę wszystko robi idealnie, we wszystkim jest najlepsza, ma wszystko co tylko zechcę. Da się ją lubić, lecz jej charakter jest dosyć... specyficzny. Mój ojciec uważa ją za ideał.
- Skończyła 20 lat i bierze ślub za dwa miesiące. Powinnaś brać z niej przykład. - Znowu się zaczyna, będzie mi gadał o tym, że powinnam wziąć ślub.
- Nie zamierzam brać ślubu. - Oznajmiłam, a mój ojciec zrobił zaskoczoną minę. - To znaczy zamierzam, ale jeszcze nie teraz.
- A kiedy? - Widziałam, że się trochę wkurzył, ale musiałam z nim w końcu o tym pogadać.
- Nie wiem, ale jeszcze nie teraz. Chciałabym najpierw spróbować założyć szkołę taneczną, a później myśleć o ślubie. - Ojciec patrzył na mnie, jakby zobaczył ducha.
- No dobrze. - Odezwał się w końcu. - Daję ci czas do twoich 23 urodzin. Później musisz wziąć ślub.



***
Witam.
Kolejny rozdział za nami.
Mam nadzieję, że był trochę
ciekawszy niż poprzedni.
Teraz są wakacje, więc naprawdę
postaram się szybciej dodawać
rozdziały. :D
Tagi: Love
03.07.2015 o godz. 15:51

Chapter 26


one month later
Cassie


Święta Wielkanocne. Na ten czas wróciłam do swojego domu,by spędzić je z rodziną. Mimo,że trzy dni wolnego wydawały się być spokojne cały czas czułam za sobą oddech Jasona i jego wspólników. Wiedziałam,że z każdym dniem zbliża się mój "koniec". Jak zrozumieć pojęcie "koniec" w moim przypadku? Może mieć to wiele znaczeń,dlatego też boję się je odkryć.
-Cassie?-Do mojego pokoju weszła mama,z którą nadal byłam skłócona. Od momentu mojej przeprowadzki do Justina nie rozmawiałyśmy ze sobą w cztery oczy.
Byłam już gotowa do powrotu do mieszkania chłopaka,jednak postanowiłam poświęcić chwilę mojej matce,która najwyraźniej chciała ze mną poważnie porozmawiać.
-Szykuje się coś niedobrego. Cały czas śni mi się Jason.-W jej oczach widoczne były łzy.
-Mamuś,ja wiem.-Westchnęłam.-Sama sobie narobiłam tych problemów,muszę teraz się z tym wszystkich zmierzyć. Nie potrzebuję na razie twojej pomocy.-Mówiłam jakbym już nie bała się słów Jasona. Tak jakbym zapomniała jakim cholernym brutalem się okazał.
-Pozwól mi powiedzieć tacie,jak ci się coś stanie...-Przerwałam jej.
-Nic mi się nie stanie,nawet tak nie mów.-Chwyciłam jej dłonie w swoje. Obydwie zaczęłyśmy płakać.
-Kochanie,tak się o ciebie martwię. Czemu to musi być takie skomplikowane? Czemu nie możemy tak po prostu zadzwonić na policję?-Pytała przytulając się ze mną.
-Nie karz mi tego znowu tłumaczyć,dobrze wiesz czemu...
-Wiem słonko,wiem.-Wyszeptała ocierając swoje łzy.-Uważaj na siebie,błagam cię.
-Uważam mamo!-Wzięłam głęboki oddech. Popatrzyłam jeszcze raz na swoją rodzicielkę po czym wzięłam torbę z moimi ubraniami i ruszyłam,żeby pożegnać się z tatą i siostrą. Nie dawałam im nic po sobie poznać,jak zawsze największe zaufanie miałam do mamy.
Wyszłam na podwórko i czekałam na Justina. Chłopak nie pozwalał mi już się bez niego gdziekolwiek ruszać. Wszędzie mnie zawoził,zaprowadzał,nawet jeśli miał swoje ważne sprawy.
-Hej.-Przywitałam uśmiechem swojego chłopaka całując do w policzek.
-Hej,jak się czujesz?-Zapytał równie uśmiechnięty jak ja.
-Napchana jedzeniem,jednak dobrze. A ty?-Zaśmiałam się.
Cała droga przebiegła nam w bardzo dobrym humorze. Weszliśmy do naszego mieszkania po kilkudniowej nieobecności.
-Moja mama wcisnęła nam trochę jedzenia na najbliższe pięć lat.-Zażartował Justin kierując się do kuchni.
-No co ty nie powiesz,moja też.-Również skwitowałam to zabawnie,chociaż myśląc o mamie pamiętałam o naszej rozmowie.
-No to dziesięć lat gotowania z głowy!
Kiedy uporządkowaliśmy wszystko mieliśmy popołudnie dla siebie.
-Więc co robimy?-Zapytał chłopak puszczając mi zadziornie oczko.
-Czy ty coś sugerujesz?-Zapytałam podejrzliwie wycofując się w stronę sypialni pod naciskiem Justina.
-Nie. No skądże?!-Zaśmiał się kiedy upadłam bezwładnie w poprzek łóżka.-Stęskniłem się trochę przez te trzy dni.-Wczołgał się na czworaka nade mną zaczynając pocałunki na mojej szyi.
-No to niestety cię zawiodę,mam okres.-Powiedziałam,a na twarzy Justina wymalowało się zaskoczenie i zawiedzenie.
-Ej,czemu akurat teraz...-Zrobił minkę zbitego psiaka,a ja zaczęłam się wtedy z niego śmiać.
-Żartowałam,już się tak nie smuć!-Przekręciłam chłopaka tak,że teraz to ja byłam nad nim.
-To akurat nie było śmieszne.-Wtrącił pomiędzy pocałunkami.
Powoli i stopniowo zaczęliśmy zdejmować z siebie ubrania. Szczerze mówiąc był to chyba nasz pierwszy seks w dzień,gdzie słońce wpadało do pokoju przez okna i wszystko było idealnie widać. Inni ludzie raczej byliby zawstydzeni i unikali kontaktu wzrokowego,ale my cały czas się na siebie patrzyliśmy i śmialiśmy.
Justin delikatnie położył się na moim ciele. Każdy ruch wykonywał przy gorących pocałunkach na mojej szyi,dekolcie i karku. Jego ciepły oddech przyjemnie obijał się o moje ucho,gdy on szeptał mi słodkie słówka.
-Jay...-Mruknęłam kiedy moje nogi zaczęły wymykać się spod kontroli.
-Cichutko.-Odpowiedział swoim niskim,zachrypiałym głosem przechodząc pocałunkami na moje usta. Wgryzłam się lekko w jego dolną wargę,którą stopniowo wpuszczałam z uścisku.-Jak ty to robisz,że na co dzień jesteś grzeczną,słodką dziewczynką,a w łóżku robisz się niegrzeczną tygrysicą?-Zaśmiał się patrząc mi w oczy. Uśmiechnęłam się,po czym zacisnęłam swoje usta i popchnęłam delikatnie Biebera,żeby teraz to on był pode mną. Zwolniłam ruchy by się z nim trochę podroczyć.
-Mmm,oh tak.-Wyszeptał,gdy składałam delikatne muśnięcia na jego torsie przechodząc powoli na szyję.-Jesteś świetna.-Zaśmiał się zadziornie kładąc jedną rękę za głową,a drugą na mojej piersi.
-Jestem blisko...-Jęknęłam cichutko czując jak moje nogi powoli wymykają się spod kontroli.
Teraz Justin przejął kontrolę nad wszystkim. Przyspieszył maksymalnie ruchy,co zakończyło się wspólnym orgazmem.
-Kotku...-Jęknął na zakończenie zagryzając delikatnie moją skórę na szyi.
-Auć,ty wampirze.-Zaśmiałam się,na co on odpowiedział tym samym.
Poszłam do łazienki,a gdy wróciłam zastałam Justina leżącego na brzuchu na łóżku przeglądającego coś w internecie. Wskoczyłam mu na plecy śmiejąc się.
-Pomasuj mi plecki skarbie.-Mruknął zabawnie.
-Haha,no i jeszcze czego?-Zaśmiałam się,ale mimo wszystko kilka minut robiłam to o co prosił. Chwilę później położyłam się na nim i zaczęłam usypiać.
-Kocham cię i nigdy nie chcę przestać.-Uśmiechnęłam się do siebie.
-Aww,ja ciebie też małpeczko moja najsłodsza.-Podobało mi się to,że mimo świadomości,że za naszymi plecami nie dzieje się najlepiej potrafiliśmy jeszcze się pośmiać,wyznać sobie miłość i żyć jak normalni ludzie. Chciałabym żeby tak zostało na zawsze.

不怕


Przepraszam...
Nie ukrywam,że nie mam aktualnie czasu na bloga.
Wakacje wakacjami,ale muszę załatwić dość dużo spraw.

Mam nadzieję,że będziecie teraz trochę bardziej aktywni.
Rok zakończony,więc na pewno macie teraz więcej luzu i spokoju.
Czekam na wasze opinie na temat rozdziału w komentarzach.

Życzę wam udanych,miłych,słonecznych i pełnych przygód wakacji!



Tagi: .
28.06.2015 o godz. 20:11

4

Dwa kolejne dni mijają mi podobnie.
Kiedy się budzę Ronnie w którą jestem wtulony głaszcze mnie, przytula, drapie za uchem, później jem i wracam do spania. I tak w kółko.
Jest to niezwykle przyjemne jednak nie sądzę abym mógł żyć dłużej w ten sposób. Aczkolwiek nie narzekam gdy blondynka przebiera się a ja mogę jej się bezkarnie przyglądać.
Dziś o 19 do Ronnie przychodzą jej przyjaciółki. Będą u niej nocować. Ale to dopiero o 19, teraz muszę użerać się z Caroline - 3-letnią siostrą mojej dziewczyny.
Jest całkiem urocza jednak potrafi wymęczyć. Zwłaszcza kiedy jest się małym, bezbronnym, uroczym kociakiem.
Ratujcie mnie ludzie!!!
Do pokoju wchodzi Ronnie a chwilę po niej jej mama - Elizabeth.
- Dziewczynki - zaczyna swoim przesłodzonym głosem. Szczerze mówiąc zawsze się jej bałem - Za dwa dni przyjeżdża ciocia Ellen z Kate i Meg - informuje kobieta a ja zauważam grymas na twarzy Ronnie.

×××

Punktualnie o 19 rozbrzmiewa dzwonek do drzwi a po kilku minutach w pokoju znajduje się piątka dziewczyn.
Zaczynają się zachwycać moim widokiem. Dobra rozumiem. Koty są słodkie, ale nawet one potrzebują tlenu docierajacego do płuc.
Wyrywam się i wskakuję Ronnie siedzącej na łóżku na kolana. Zwijam się w kulkę czekając na to aż blondynka zacznie gładzić moje futro. Kiedy tak się staje zaczynam mruczeć.
- To co laski? Wskakujemy w piżamki?! - piszczy zachwycona Claire.
Nie lubię tej dziewczyny. Jest bardzo ładna, ale strasznie głupia i pusta.
- Okay. Tylko może najpierw przyniosę przekąski? - wszystkie przytakują i schodzą na dół do kuchni.
Po chwili wracają z tacą pełną słodyczy. Żelki, czekolada, chipsy, cola.
- Jak to się dzieje, że zawsze jak u ciebie jestem to przytyję? - tragizuje Patricia, która zachowuje się równie idiotycznie co jej siostra (Claire).
Reszta chichota a ja przewracam oczami.
Dziewczyny zaczynają wyciągać rzeczy do spania a po chwili rozbierają się. Przebierają się w piżamy.
Przyglądam się dużym, kształtnym piersią Alex, która chyba jako jedyna z całej czwórki jest w miarę znośna.
Cóż... Ronnie nie przepada za moimi kumplami a ja za jej przyjaciółkami. Trudno.
Szatynka ubiera swoją koszulę nocną która i tak odkrywa jej nogi, ramiona i dekolt.
Spoglądam na resztę dziewczyn. Wszystkie mają idealne ciała, aż do przesady.
Czuję się jak dziecko w sklepie ze słodyczami. Tylko, że zamiast cukierków otaczają mnie niezwykle seksowne dziewczęta.

Dziewczyny zaczynają oglądać jakąś komedię romantyczną jednak nie skupiają się na niej zbytnio. Malują paznokcie i plotkują.
Nie słucham ich ponieważ nowa kolekcja od Prady, nowa fryzura Justina Biebera czy super przystojny chłopak Kylie Turner - laski z naszej szkoły - mało mnie interesuje.
Jednak kiedy mój mózg przetwarza informację, że moje imię padło podczas tej rozmowy zaczynam uważać.
- Więc co u ciebie i u Bryana? - pyta Alex a reszta dziewczyn spogląda z zaciekawieniem na Ronnie, która lekko się krzywi.
- Szczerze mówiąc to mam go dosyć - mówi a ja wywracam oczyma.
Znów się zaczyna.
- Dlaczego? Jest gorący. - aww... Dzięki Elle. Też uważam, że nie masz się czego wstydzić.
- No tak, ale... Ostatnio nawet się nie spotykamy. On się mną nie interesuje. Od kilku dni nie odbiera moich telefonów, a kiedy ostatni raz to zrobił był strasznie oschły. Jemu już na mnie nie zależy. Oczywiście jeśli kiedykolwiek mu zależało - spuszcza głowę w dół a jej przyjaciółki ją pocieszają.

Wiem że dawno nie było rozdziału, ale wiecie.. Koniec roku szkolnego, wystawianie ocen, mało komentarzy...
Nie wiem czy ktoś tutaj pamięta CarmenBlue? Jeśli tak to taka informacja, że niedługo będę publikować to od początku. Pozmieniałam tam parę rzeczy więc może nie będzie tak tragicznie :)

Tagi: Cat's Face
25.06.2015 o godz. 12:13

Chapter 25


Justin pokręcił przecząco głową wyjmując mi telefon z ręki. Rozłączył rozmowę i odłożył moją komórkę na stolik. Ja już praktycznie płakałam,a chłopak nic nawet nie powiedział.
Usiadł obok mnie i schował twarz w dłonie.
-Nie,ja...ja nie wierzę,że to jest mój brat.-Westchnął ciężko.-Cassie,przepraszam za niego! Mam wrażenie,że z biegiem czasu mnie też zaczniesz się bać. Ja nie jestem tym kim on,pamiętaj to.-Klęknął na dwa kolana przede mną i chwycił moją dłoń w swoje obie. Złożył na niej kilka krótkich pocałunków.
-Przestań Justin,nigdy tak nie pomyślałam i nie pomyślę.-Odpowiedziałam łamiącym się głosem.
-Najważniejsze jest żebyś nie pokazywała mu,że się go boisz,ale też nie zgrywaj odważnej. Ignoruj go,tak będzie najlepiej.-Wstał z podłogi i chodząc po salonie wybierał numer w telefonie.
-Gdzie dzwonisz?-Zapytałam szybko podchodząc do Justina.
-Do Jamesa,muszę z nim chwilę pogadać.-Założył czarny płaszcz,który wisiał w przedpokoju.-Zaraz wrócę,nigdzie się sama nie ruszaj. Najlepiej zamknij drzwi od środka i nie otwieraj nikomu obcemu.-Przed wyjściem ujął moją twarz w swoje dłonie składając na moich ustach namiętny pocałunek.

Justin


Zbiegłem szybko po schodach do podziemnych garażów. Znalazłem swój samochód,który otworzyłem już na odległość. Wsiadłem zdenerwowany trzaskając za sobą drzwiami. Ruszyłem z piskiem opon. Jechałem przez miasto jak najszybciej mogłem,by nie dostać mandatu i nie tracić na to dziadostwo czasu. Cały czas starałem się dodzwonić do mojego kumpla jednak na marne. Dopiero gdy dojechałem pod jego dom zobaczyłem,że nie jechałem tu na marne. Siedział na motorze i całował się z jakąś laską.
-James!-Krzyknąłem wysiadając z auta wybijając parę z namiętnego pocałunku.
-Justin?-Zapytał zdziwiony zeskakując z maszyny. Podaliśmy sobie ręce.
-Możemy porozmawiać?-Zapytałem zerkając ukradkiem na czarnowłosą dziewczynę.
-Jasne,chyba nawet wiem już o czym.-Posłał mi porozumiewawcze spojrzenie.-Lucy,przepraszam,ale mamy poważna sprawę do załatwienia.-Zrezygnowana i wkurzona dziewczyna odeszła w ciszy.
-Przepraszam,że spieprzyłem ci wieczór.-Wtrąciłem kiedy szliśmy do domu Jamesa.
-Nic nie szkodzi,mam dla ciebie nowe,nie zbyt dobre wiadomości. Pewnie już coś o tym możesz wiedzieć.-Odpowiedział kiedy weszliśmy do środka.

Cassie


Minęła godzina,Justina nadal nie było. W między czasie wykonałam wieczorną toaletę,zgasiłam wszystkie światła i położyłam się do łóżka. Zostawiłam włączoną jedynie lampkę nocną stojącą przy łóżku.
Siedziałam z podkulonymi nogami przykryta białą kołdrą. Telefon trzymałam cały czas w ręku z nadzieją,że chłopak w końcu da jakiś sygnał. Nagle do drzwi ktoś gwałtownie zapukał a następnie kilak razy pod rząd nerwowo zadzwonił. Szybko zerwałam się na nogi i na palcach podbiegłam do drzwi. Spojrzałam przez wizjer gdzie zobaczyłam dwóch kolesi,tych samych którzy byli pod szpitalem. Nogi zrobiły mi się jak z waty,serce gwałtownie przyspieszyło.
-Otwieraj mała zdziro,wiemy,że tam jesteś!-Mówili cicho,lecz ze złością.
Jakim cudem oni się tutaj dostali? Weszli zapewne kiedy któryś z sąsiadów przyszedł do domu lub dzwonili po innych mieszkaniach by otworzyli drzwi.
Szybko odsunęłam się od drzwi. Wróciłam do sypialni. Wyłączyłam lampkę i spanikowana schowałam się do szafy. Jedyne co ze sobą wzięłam to telefon. Dzwoniłam do Justina,ale on nie odbierał. Mężczyźni dobijali się coraz bardziej,byłam pewna,że na tym nie zaprzestaną.
-Już wracam Cassie.-Usłyszałam spokojny głos chłopaka,kiedy po setnym razie odebrał tą pieprzoną komórkę.
-Justin.-Wyszeptałam płacząc.-Proszę,szybciej. Ktoś jest pod drzwiami,chyba ktoś od Jasona. Widziałam ich dzisiaj pod szpitalem.-Dławiłam się łzami i powietrzem. Nie wiedziałam co ze sobą zrobić.
-Cholera,spokojnie,schowaj się gdzieś.-Mówił,a w jego głosie słyszałam zdenerwowanie.
-Nie rozłączaj się proszę.-Mówiłam niewyraźnie,moje wszystkie mięśnie odmówiły posłuszeństwa.
-Nie rozłączę się.-Odpowiedział.
Justin cały czas słuchał mojego płaczu i niespokojnego oddechu,pomiędzy którym rozbrzmiewało uderzanie w drzwi. W pewnym momencie usłyszałam kłótnię. Wyszłam więc z mojej kryjówki i niepewnie znów spojrzałam przez wizjer. Kolesie od Jasona zaczęli bić starszego mężczyznę,który chciał uspokoić ich ciągłe "pukanie" do mieszkania.
-Gdzie jesteś?-Zapytałam do telefonu,jednak nie otrzymałam odpowiedzi od Justina.-Halo? Halo?!-Powtórzyłam kilka razy dopóki na klatce schodowej nie zauważyłam chłopaka,który szedł jak gdyby nigdy nic.
-Zostaw go już.-Powiedział jeden z nieproszonych gości zauważając za sobą Biebera.-Popatrz kogo my tutaj mamy.-Widziałam jak Justinowi ręce grzeją się do walki. W tym momencie pobity mężczyzna uciekł do siebie.
-Nie.-Jęknęłam cicho ocierając swoje łzy spływające mi po policzkach. Justin nie przejął się ich pobytem tutaj ponieważ tuż za nim pojawili się jego kumple,którzy dość grzecznie wyprosili facetów z budynku. Domyśliłam się jednak,że na zewnątrz dali im popalić.
Otworzyłam szybko drzwi chłopakowi,który szybko wszedł mocno mnie do siebie przytulając. Podniósł mnie do góry kiedy tylko nasze ciała się zetknęły. Oplotłam delikatnie rękoma jego szyję wplatając palce w jego włosy.
-Już dobrze,jestem obok.-Wyszeptał zanosząc mnie do łóżka. Ułożył mnie delikatnie na pościeli,po czym zaczął zdejmować swoje ubrania. Założył na siebie biały,obcisły tank top i szare dresy. Upewnił się jeszcze czy na pewno nikogo nieproszonego już nie ma i po chwili znalazł się obok mnie.
-Chodź tutaj do mnie.-Wyciągnął ręce w moją stronę,żebym mogła się do niego przytulić. Wtuliłam się delikatnie w jego tors,gdy on pocałował mnie w czoło i pogłaskał mnie po głowie.-Wszystko w porządku?-Zapytał cicho.
Odpowiedziałam szybkim pokiwaniem głową.

Justin


Dziewczyna powoli usypiała w moich objęciach. Kiedy patrzyłem na Cassie nie mogłem sobie wyobrazić,że Jason chce jej zrobić coś złego. Możliwe,że to wszystko przeze mnie. Gdyby on nie był moim bratem może nie mścił by się na niej.
-Justin.-Zapytała szeptem Cass zerkając na moją twarz.
-Tak?
-Wiesz co chce ode mnie Jason?-W jej oczach zalśniły łezki.
-Cichutko,nie myśl o tym. Śpij.-Chciałem odciągnąć ją od złych myśli. Przysunąłem jej głowę delikatnie bliżej mnie i jeszcze kilka razy ucałowałem czubek jej głowy.


"Albo Cassie będzie moja albo żaden z nas jej nie będzie miał"



不怕


Witam po długiej przerwie...znowu.
Przepraszam,ale widząc 7 komentarzy pod poprzednim rozdziałem tracę jakąkolwiek motywację do pisania tego opowiadania.
Nudzi was ta historia...to widać.
Nie wiem czy jest sens w kontynuowaniu jej. Mam napisane dużo rozdziałów ponad tym i trochę szkoda jakby to wszystko się zmarnowało.
Wiele z was wysyła mi po kilka wiadomości kiedy nie skomentuję waszych rozdziałów/notek,a co ja mam zrobić kiedy praktycznie połowa z moich czytelników liczy tylko na pochwały a sama od siebie daje "Super,czekam na next." To bardzo irytujące,nie będę tego ukrywać. Mam wtedy wrażenie,że czytacie notki bardzo skrótowo albo może i wcale. Nie chcę w to wnikać,ale jeśli dalej się będziemy tak bawić to nie widzę w tym wielkiego sensu.
Pisze to po raz milionowy...Ten blog nie ma sensu jeśli was tutaj nie będzie,tylko wy decydujecie o tym,czy tutaj zostanę.
Zjedziecie mnie zaraz,że się żalę,no ale cóż...Nie lubię ukrywać tego co we mnie siedzi.

Czekam na wasze opinie na temat rozdziału w komentarzach poniżej.
Dziękuję,pozdrawiam.




PYTANIA?
Tagi: .
14.06.2015 o godz. 13:43
Rozejrzałam się po parkingu, w poszukiwaniu mojego ojca, który miał tu po mnie przyjechać. Zatrzymałam się jak wryta, a Niall, który szedł z tyłu, wpadł na mnie. Nie mogłam uwierzyć w to co widzę.


Na parkingu, obok czarnego BMW, stał Kabir. Nie mogłam w to uwierzyć. Nie widzieliśmy się już prawie rok, ponieważ on jakoś nie miał okazji przyjechać do Londynu. Jest zbyt zajęty pracą w Indiach. Podbiegłam do przyjaciela i przytuliłam go, co odwzajemnił.
- Hej, co tu robisz? - Zapytałam, a na moich ustach cały czas gościł uśmiech.
- Stęskniłem się. - Odpowiedział i ponownie mnie przytulił. Wziął moją walizkę, z zamiarem spakowania jej do bagażnika. Ja przez ten czas podeszłam do Niall'a i przytuliłam go na pożegnanie. Byłam taka szczęśliwa, że prawie zapomniałam o tym, że wcześniej całował się z Vicki.
- Do zobaczenia jutro w szkole. - Powiedziałam, a on tylko kiwnął głową. Wsiadłam do samochodu na miejsce pasażera i razem z Kabirem pojechałam do domu.
- To twój chłopak? - Zapytał po chwili milczenia.
- Kolega. - Chciałam jak najszybciej skończyć ten temat, ponieważ nie miałam ochoty gadać o moich relacjach z Niall'em, a są one dosyć dziwne.
- Jak ma na imię? - On chyba nie miał zamiaru odpuścić.
- Niall Horan. - Spojrzałam przez okno, żeby nie musieć na niego patrzeć. Wiedziałam jaka będzie jego reakcja, bo opowiadałam mu kiedyś o blondynie i wie jakie były kiedyś nasze stosunki.
- Nie wygląda, jakbyś go nienawidziła. - Na jego twarzy pojawił się dziwny uśmiech, jakby trochę smutny.
- Nasze relacje się trochę zmieniły. - On tylko przytaknął i zmienił temat.
- Gadałem dzisiaj z twoim ojcem na temat wakacji i zgodził się, żebyś pojechała ze mną do Indii.
- Naprawdę? - Nie mogłam uwierzyć w to co słyszę.
- Tak, wyjeżdżamy w dzień zakończenia roku.
- To już za tydzień. - Powiedziałam jeszcze bardziej szczęśliwa. Chłopak pokiwał głową i widząc mój uśmiech, odwzajemnił gest. Resztę drogi przejechaliśmy w milczeniu. Ja cały czas myślałam o tym, jak to będzie przez całe wakacje być w Indiach. Wrócę do mojego kraju, spotkam starych znajomych.


Tydzień później.
Dziś jest dzień zakończenia roku. Wysiadłam z samochodu, który prowadził Kabir. Rozejrzałam się w poszukiwaniu Melanie, z którą miałam się spotkać przed budynkiem. Niestety nigdzie jej nie widziałam. Moją uwagę przykuł blondyn siedzący na ławce. Podeszłam do niego i usiadłam obok. On nawet na mnie nie spojrzał, tylko wpatrywał się w odjeżdżający samochód Kabira.
- Hej. - Przywitałam się.
- To twój chłopak? - Zapytał nadal na mnie nie patrząc.
- Co? - Nie zrozumiałam na początku o co mu chodzi. - Kabir? Nie, to przyjaciel. Znamy się od dziecka. - Niall w końcu na mnie spojrzał, a na jego twarzy pojawił się smutny uśmiech.
- Kochasz go? - Brzmiało to bardziej jak stwierdzenie niż pytanie.
- Co?
- Słyszałaś. - Po brzmieniu jego głosu wiedziałam, że jest zły.
- Nie, to tylko przyjaciel. - Odpowiedziałam, a na jego twarzy pojawił się uśmiech.
- Ilu jeszcze masz takich przyjaciół? - Nie wiedziałam do końca o co mu chodzi.
- Tylko jednego.
- Mogę być drugim? - Zapytał, co mnie bardzo zdziwiło. Dziwnie się zachowywał, jak nie Niall. - To co, przyjaciele?
- Przyjaciele. - Uśmiechnęłam się, co chłopak odwzajemnił.
- Idziemy? - Przytaknęłam i ruszyliśmy w stronę budynku.


Kilka godzin później.
Wyszłam z budynku w towarzystwie Niall'a, Melanie, Marco i Vicki. Pierwsze co ujrzałam, to czarny samochód, obok którego stał Kabir i mój tata. Uśmiechnęłam się i pomachałam im.
- To co, pora się żegnać. - Odezwała się Melanie patrząc na mnie. - Będę tęsknić za tobą. Co ja będę robić przez całe wakacje bez ciebie? - Mówiła dalej, przytulając mnie. Odsunęłam się od przyjaciółki i spojrzałam na resztę. Niall miał zdezorientowaną minę. Przez to wszystko zupełnie zapomniałam mu powiedzieć o tym, że jadę do Indii. Pożegnałam się z Marco i Vicki, po czym podeszłam do blondyna. Chłopak spojrzał na mnie pytająco. Kątem oka zobaczyłam, że reszta odeszła dalej, zostawiając mnie z Horanem samą.
- Jadę na całe wakacje do Indii. - Powiedziałam, a on się uśmiechnął. Przytulił mnie, powiedział do ucha 'żegnaj' i odszedł. Stało się to tak szybko, że nawet się nie zorientowałam, kiedy straciłam go z oczu. Moje serce biło szybciej, a jednocześnie chciało mi się płakać. Niechętnie podeszłam do Kabira i ojca. Wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy prosto na lotnisko.
- Wszystko w porządku? - Z zamyślenia wyrwał mnie głos przyjaciela. Rozejrzałam się dookoła i zorientowałam się, że jesteśmy już na miejscu.
- Tak. - Wymusiłam uśmiech, dzięki czemu Kabir odpuścił. Wysiedliśmy z samochodu i poszliśmy na odprawę, wcześniej żegnając się z moim ojcem.


Dwa miesiące później.
Szłam drogą, co chwilę patrząc na zegarek. Byłam już spóźniona jakieś 15 minut na spotkanie z Melanie i Marco. Wczoraj wróciłam z Indii, a obiecałam przyjaciółce, że się z nią zobaczę od razu jak wrócę. Przez cały pobyt w moim kraju, cały czas pisałam z Nelson. Marco też czasami się odezwał, nawet Vicki raz zadzwoniła. Jedyna osoba, która ze mną nie rozmawiała to Niall. Pisałam do niego, nie odpisywał. Dzwoniłam, nie odbierał. Po tygodniu sobie odpuściłam, mając nadzieję, że chłopak się odezwie, jednak tak się nie stało. Przez te dwa miesiące uświadomiłam sobie, że kocham Niall'a. Miałam nadzieję, że on mnie też, ale jak widać chyba jednak nie...
Zamyślona wpadłam na kogoś i prawie się wywróciłam.
- Przepraszam. - Powiedziałam podnosząc wzrok. Ujrzałam tak dobrze mi znaną twarz Horana. Stał i patrzył na mnie dziwnym wzrokiem. W dłoni trzymał jeszcze nieotworzoną kopertę.
- Shanti? - Kiwnęłam głową, a na jego twarzy zagościł uśmiech. Przytulił mnie na powitanie, a ja zdziwiona, nie wiedziałam co mam zrobić. - Jak ci się udały wakacje?
- Było fajnie. A co tam u ciebie? - Starałam się zachowywać normalnie, chociaż miałam ochotę mu przywalić, za to, że nie odzywał się do mnie, a teraz zachowuje się jak gdyby nigdy nic.
- Dostałem list ze szkoły. Nie uwierzysz, idę na studia. - Na jego twarzy gościł uśmiech i poszerzał się z każdym wypowiedzianym słowem.
- Czemu go nie otworzysz? - Zapytałam, a on spojrzał na kopertę.
- Boję się, że się nie dostałem.
- Jeśli nie otworzysz, nigdy się nie dowiesz, czy się dostałeś.
- Racja. - Zaśmiał się, jednak wyglądało na to, że nadal się waha.
- Daj mi to. - Wzięłam kopertę i ją otworzyłam. Zaczęłam czytać i zamurowało mnie. Niall dostał się do szkoły w Nowym Jorku. On jedzie do USA. - Dostałeś się. - Powiedziałam, a on zaczął się uśmiechać jak idiota.
- Wiedziałem, że mi się uda. Teraz tylko muszę się dostać do szkolnej drużyny piłki nożnej. A co jeśli mi się nie uda? - Jego uśmiech znikł.
- Na pewno ci się uda. Idziesz do tej szkoły tyko po to, żeby grać w drużynie. Jesteś w tym dobry, więc nie mogą cię nie przyjąć.
- Skąd wiesz, że tylko po to idę do tej szkoły? - Zapytał, uśmiechając się.
- Znam cię, Niall. W końcu jesteśmy przyjaciółmi. - Spojrzał na mnie lekko zdziwiony, po czym się uśmiechnął.
- Więc przyjaciółko, pozwól mi się zabrać na imprezę. Trzeba to uczcić.
- Umówiłam się z Melanie i Marco. - Powiedziałam, bo tak na prawdę nie chciałam spędzać z nim więcej czasu, ponieważ on niedługo wyjeżdża. Znając mnie, znów będę miała nadzieję, że on mnie jednak kocha.
- Pójdę z tobą. Jeszcze im nie powiedziałem o tym, że idę na studia.
- Dlaczego?
- Nie wiem, dziwnie mi o tym mówić. - Uśmiechnęłam się tylko, nic nie mówiąc. Szybko ruszyliśmy w stronę kafejki, w której umówiłam się z przyjaciółmi.



***
Witam!
Minął prawie miesiąc odkąd ostatni
raz coś dodawałam, ale jakoś weny
nie miałam. Wszystko co napisałam
wydawało mi się złe. Ten rozdział
też jest do niczego, nudny i krótki.
Następny postaram się napisać lepiej.
Tagi: Love
04.06.2015 o godz. 01:21

Chapter 24


-Gdzie ty się wybierasz?-Zapytała mama trochę podłamanym głosem.
-Cicho.-Przyłożyłam palec do ust zamykając za mamą drzwi na kluczyk.
-Cassie,co się dzieje?-Usiadła na łóżku,a ja obok niej.
-Chcę...znaczy...ugh,nie wiem jak zacząć!-Zrezygnowana ukryłam twarz w dłonie.-Obiecaj,że nikomu nie powiesz,szczególnie tacie.
-Nie obiecam ci,bo nie wiem o co chodzi...-Odpowiedziała patrząc już teraz z lekką złością na moją osobę.
-Przeprowadzam się do Justina.-Powiedziałam szybko patrząc prosto w oczy mamy.-Ale to częściowo nie jest moja wola. Jason...-Blondynka nie dała mi skończyć.
-Wiedziałam,wiedziałam,że chodzi o niego. Dzwonię zaraz na policję,mam już tego dosyć!-Zaczęła nerwowo chodzić po moim pokoju wybierając drżącymi rękoma numer w telefonie.
-Nie,dobrze wiesz,że to nie jest takie proste!-Wyrwałam jej komórkę z dłoni.-Dowiedziałam się niedawno,że Justin jest bratem Jasona.
Mama złapała się za głowę.
-Nie,nie...Nie pozwolę ci się z nim więcej spotykać. Zobaczysz on też się okaże psychopatą!-Kobieta nie wiedziała już co z sobą zrobić. Miała ochotę wybuchnąć z nadmiaru emocji. Ja już nie mogłam na to wszystko patrzeć.
-Wiedziałam,że tak zareagujesz! Ale mamo,Justin to nie ten typ! Ja mu ufam,on powiedział,że mi pomoże,że przy nim będę bezpieczna!-Mówiłam prawie płacząc do osoby,która właśnie miała mnie gdzieś.
-Nie,Cassie...To nie jest możliwe.-Kręciła przecząco głową zalewając się łzami.-Za mało ci krzywdy wyrządził jeden palant?! Chcesz tego więcej?! Proszę bardzo! Leć do tego swojego Justina,ale kiedy się na nim zawiedziesz...nie licz na mnie!-Nie poznawałam mojej mamy. To nie była ta sama kobieta co zawsze. Jeszcze niedawno potrafiłyśmy rozmawiać o wszystkim,a teraz wszystko się spieprzyło. Skłóciłam się z moją rodziną.
Po chwili w moim pokoju pojawiła się Ginger.
-Cassie?-Weszła niepewnym krokiem i widząc mnie zalaną łzami,leżącą na brzuchu na łóżku od razu zaczęła mnie pocieszać.-Chcesz ze mną porozmawiać?

Był środek nocy,jednak ani Gigi ani ja nie spałyśmy. Rozmawiałyśmy. Leżałyśmy na moim łóżku i nadrabiałyśmy wszystko co nas ominęło w ostatnim czasie.
-Jesteś pewna,że Justin jest dla ciebie dobry?-Zapytała w pewnym momencie.-Kiedy zaczęłaś spotykać się z Jasonem zachowywał się identycznie jak on teraz. Nie boisz się?
Kiedy tak zadała mi to pytanie zaczęłam się nad tym zastanawiać. Nie chciałam jednak wierzyć,że Justin jest taki sam jak jego starszy brat. Odpychałam od siebie tą myśl jak najdalej. Zbyt mocno go kocham,by go tak okropnie oskarżyć.
-Ufam mu...-Westchnęłam cicho spuszczając wzrok na pościel.
-Nie znam Justina,dlatego martwię się o ciebie. Nie zrozum mnie źle,nie chcę cię nastawić przeciwko niemu.-Wytłumaczyła się szybko,a ja posłałam jej miły uśmiech.-Jeśli coś się będzie działo,dobrze wiesz,że jestem tutaj żeby ci pomóc.-Splotłyśmy swoje dłonie i zaśmiałyśmy się w głos.-Zawsze będę twoją przyjaciółką.-Przytuliłyśmy się mocno po czym postanowiłyśmy odejść od złych tematów.

Wcześnie rano Ginger wróciła do swojego mieszkania i do Bryana. Ja również się zaczęłam o nią martwić,szczególnie po wczorajszym incydencie z pijanym chłopakiem.
Przygotowałam się do pracy,zjadłam śniadanie i poszłam do swojego pokoju. Zrobiło się w nim trochę pusto,większość rzeczy zapakowałam do dużej walizki,która leżała na podłodze przy łóżku. Wypuszczając ciężko powietrze z ust usiadłam na wygodnym materacu sięgając komórkę leżącą na szafce nocnej. Wybrałam numer do Justina.
-Tak?-Kiedy usłyszałam jego zachrypnięty głos przeszedł przeze mnie dreszczyk.
Na chwilę się zawiesiłam i nie wiedziałam jak zacząć rozmowę.
-Będziesz za piętnaście minut u siebie?-Zapytałam uśmiechając się do siebie ze łzami w oczach. Nie były to łzy radości czy smutku. To były łzy strachu. Było już tak źle,że musiałam się wynieść z domu dla własnego bezpieczeństwa.
-Tak,mam dzisiaj wolne.-Dostałam w odpowiedzi.
-Będę niedługo.-Wypowiedziałam szybko,po czym się rozłączyłam. Rozejrzałam się jeszcze po swoim pokoju. Przez moją głowę przeleciało trochę wspomnień. Kiedy bawiłam się tutaj z moją młodszą siostrą,kiedy przeżyłam swój pierwszy raz z Jasonem,gdy rodziców nie było w domu,kiedy tata krzyczał na mnie za każdym razem gdy wracałam pijana lub spóźniona,kiedy płakałam jak mój były "ukochany" zaczął mnie szantażować... To tutaj zostanie,te ściany to zapamiętają na wieki wieków.
Ale nie powinnam się teraz tak denerwować,zapewne tutaj wrócę kiedy sprawy z Jasonem się unormują,o ile to się kiedykolwiek stanie.
Zeszłam na parter domu z ciężką walizką. Przy śniadaniu ogłosiłam rodzinie,że "chcę spróbować samodzielnego życia". Tata był zadowolony,że podjęłam sama tak ważną decyzję,jednak mama nie była na tyle szczęśliwa. Ona znała ten właściwy powód.
Ojciec zawiózł mnie pod bloki na strzeżonej dzielnicy.
-Bądźcie grzeczni,żebym nie musiał interweniować jak się dziecko pocznie.-Zażartował kiedy wyciągał moje rzeczy z bagażnika.
-Bardzo zabawne tato.-Skwitowałam ironicznie jego wypowiedź.
-Trzymaj się córciu,tylko się teraz od nas nie odcinaj!-Przytulił mnie do siebie.
-Dobrze papciu,będę dzwonić i was odwiedzać.-Uśmiechnęłam się,po czym ruszyłam do właściwego budynku. Byłam tutaj już kilka razy,więc zapamiętałam kod do wejścia.
Kiedy znalazłam się już na dobrym piętrze,przed drzwiami mieszkania Justina,zaczęłam się wahać. Nacisnęłam na dzwonek,a po chwili otworzył mi chłopak. Roztrzepane włosy,brak koszulki,luźne spodnie dresowe i szczoteczka do zębów w ustach.
-Hej.-Uśmiechnęłam się miło opierając delikatnie o walizkę. Widziałam,że chłopak był najwyraźniej zdziwiony,ale jednocześnie zadowolony.
-Hej,wejdź!-Wyjął szczoteczkę z buzi i wziął ode mnie bagaż.-Zaczekaj na mnie chwilę.-Ruszył do łazienki żeby dokończyć swoją poranną toaletę.
Nie minęło dużo czasu,żebym zobaczyła Justina znowu. Wycierał twarz i dłonie ręcznikiem kierując się w moją stronę. Stałam oparta o kanapę.
-Cieszę się,że jednak się zgodziłaś.-Uśmiechnął się szeroko stając tuż przede mną.
-Masz pastę do zębów w kąciku ust.-Wytarłam kciukiem zabrudzone miejsce,po czym Justin zaczął namiętny pocałunek. Jego silne,umięśnione ręce nie pozwalały mi wyjść z jego uścisku.
-Mam wrażenie,że nie cieszysz się,że ze mną zamieszkasz.-Westchnął smutno Bieber.
-Cieszę się.-Posłałam chłopakowi uśmiech.-Ale zaraz się spóźnię do pracy,więc widzimy się wieczorem.
-Rozpakuję twoje rzeczy.-Wtrącił Justin kiedy ruszyłam do wyjścia.
-Dobrze!-Odpowiedziałam zamykając za sobą drzwi.

Wychodząc późno z pracy czułam,że ktoś mnie obserwuje. Byli to dwaj kolesie ubrani na czarno,patrzyli się na mnie dość nieprzyjemnymi spojrzeniami. Chociaż się przestraszyłam postanowiłam ich ignorować.
Na parkingu stał samochód Justina,więc szybkim krokiem do niego ruszyłam.
-Jak ci minął dzień?-Zapytał chłopak witając się ze mną całusem w usta.
-Wydaje mi się,że dobrze.-Uśmiechnęłam się delikatnie zapinając pas.
Kiedy wróciliśmy do NASZEGO mieszkania,zaczęłam się czuć nieswojo. Nie mogłam się jeszcze przyzwyczaić,że Justin będzie je ze mną dzielił.
-Zrobiłem ci miejsce w mojej szafie w sypialni,więc wszystkie twoje ubrania się zmieściły. Tutaj zostawiłem twoją kosmetyczkę.-Chłopak wszystko mi pokazał,a na sam koniec wręczył mi do ręki klucze.-Jestem pewien,że będzie nam się razem miło mieszkało.
Po zjedzeniu kolacji ułożyliśmy się wygodnie na narożnej kanapie i oglądaliśmy telewizję. Leżeliśmy przykryci na rozłożonym meblu,kiedy nagle mój telefon dał o sobie znać.
-To na pewno nic ważnego.-Zaśmiał się Justin przytulając mnie do siebie jeszcze mocniej.
-Puść mnie.-Po długim wydostawaniu się z objęć chłopaka zdążyłam odebrać telefon.
-Słucham?-Zapytałam.
-Myślałaś,że jeśli przeprowadzisz się to cię nie znajdę?-Nie odzywałam się. Włączyłam komórkę na głośnomówiący i pokazałam Justinowi,żeby był cicho. Usiadłam na kanapie. Moje serce waliło jak głupie.
-No co,nie odezwiesz się myszko? Dobrze wiesz co cię czeka,nie uciekniesz ode mnie.

不怕


Nie będę się długo rozpisywać. Po raz kolejny przepraszam za opóźnienie z rozdziałami,wina mojego lenistwa.
Czekam na wasze opinie w komentarzach! Do następnej notki!




PYTANIA?
Tagi: .
31.05.2015 o godz. 15:29

Chapter 23


-O mój Boże! Co ci się stało?!-Do oczu prędko napłynęły mi łzy. Zasłoniłam usta dłońmi.-Kto ci to zrobił?-Delikatnie dotknęłam sinego policzka Justina.
-Nikt.-Mruknął pod nosem wyrzucając papierosa na bok. Gwałtownie odkręcił ode mnie głowę pokazując jeszcze większy grymas.
-Jason?-Zapytałam patrząc na zdenerwowanego chłopaka. W tym momencie spojrzał na mnie w ułamku sekundy,co dało mi do myślenia.
-Zawiozę cię do domu.-Dostałam w odpowiedzi. Nie chciałam się teraz kłócić z Justinem,więc wsiadłam spokojnie na miejsce pasażera. Samochód ruszył,a ja co jakiś czas spoglądałam na milczącego chłopaka.
-To był Jason.-Powiedział w pewnym momencie,a ja nagle się orzeźwiłam.-Mówił o tobie okropne rzeczy,więc mu przypieprzyłem,ale on mi się odwdzięczył.
-Nie myśl już o tym.-Westchnęłam.
-Cassie,jak mam kurwa nie myśleć o tym,kiedy on mi powiedział,że...-Przerwał i zamilkł z powrotem.
-Co ci powiedział?-Chciałam się dowiedzieć,więc cichutko wtrącałam co chwilę to pytanie.
-Nic,Cassie...Ale mam do ciebie jedno pytanie.-Mówił.
-Więc pytaj.-Byłam dość zestresowana tą rozmową,serce biło mi jak głupie.
-Będzie problem jeśli wprowadzisz się do mnie,chociaż na jakiś czas. Tak będzie lepiej,dla ciebie.-Byłam niesamowicie zaskoczona,ale domyślałam się,że nie jest to z jego woli. Szykuje się coś złego.
-Nie wiem co moi rodzice na to powiedzą,w tym roku kończę dopiero 20 lat...
-Więc nie jesteś już małolatą i chyba nie będą decydowali gdzie będziesz mieszkać.-Wtrącił.-Chcę mieć cię blisko cały czas,martwię się o ciebie.
Ucichliśmy obydwoje. Justin stanął na światłach za kilkoma samochodami. Jego dłoń powoli powędrowała na moje kolano.
-Przy mnie będziesz bezpieczna.-Wyszeptał.
Ufałam mu. Delikatnie zerknęłam na chłopaka swoimi zaszklonymi oczami i ułożyłam swoją dłoń na jego dłoni. Na kilka chwil zatopiliśmy się w przyjemnym pocałunku. Wtedy pojawiło się zielone światło i ruszyliśmy w dalszą podróż. Byliśmy już przed moim domem,kiedy zobaczyłam zapłakaną Ginger. Próbowała do kogoś dzwonić,jednak najwyraźniej jej to nie wychodziło. Stała z torbą sportową przewieszoną na ramieniu. Coś się musiało stać.
-Gigi!-Wysiadłam pospiesznie z samochodu zapominając kompletnie o pożegnaniu się z Justinem.
-Cassie!-Odpowiedziała przytulając się ze mną.
-Co się dzieje?-Zapytałam.
-Nie wiem co robić. Bryan jest pijany i zrobił w naszym mieszkaniu totalną rozróbę,a moich rodziców nie ma w domu.-Zaczęła mówić,a ja jej uważnie słuchałam.
-Zostaniesz na noc u mnie. Spokojnie,nie denerwuj się tylko.-Posłałam dziewczynie delikatny uśmiech,z nadzieją,że się wtedy uspokoi.
Wysłałam Ginger do mojej mamy,a ja w tym czasie podeszłam do Justina,który stał opierając się o drzwi swojego samochodu.
-Przemyślisz tą sprawę?-Zapytał cicho,kiedy spojrzeliśmy w swoje oczy. Skinęłam szybko głową i chcąc pożegnać się z chłopakiem złożyłam na jego ustach delikatny,przelotny pocałunek.
-Kocham cię.-Uśmiechnął się kiedy powoli puszczałam jego dłonie z uścisku.-Uważaj na siebie.
Kiedy weszłam na podwórko za bramą rozległ się pisk opon,a po chwili usłyszałam głośne trzaśnięcie drzwi. Odkręciłam się,by zobaczyć idącego w moją stronę Bryana.
-Gdzie ona kurwa jest!-Krzyknął na mnie łapiąc mnie mocno za ramiona.
-Jesteś pijany,nie pozwolę ci się z nią spotkać!-Odpowiedziałam równie zdenerwowana,co odpłacił mi uderzeniem z otwartej dłoni w policzek.
-Zostaw ją śmieciu!-Justin,który kontrolował sytuację z samochodu postanowił zainterweniować. Odciągnął Bryana gwałtownie od drzwi wejściowych mojego domu,do których się dobijał i uderzył go kilka razy.
-Co tu się dzieje?!-Zdziwiony tata wyszedł na zewnątrz.-Cassie,wytłumacz mi to wszystko.
Bryan słaniając się na nogach,zalany własną krwią na twarzy,postanowił się wycofać,wcześniej oddając jedno uderzenie w brzuch Justinowi. Uciekł zanim mój tata zdążył go złapać.
-Chodź do środka.-Poleciłam chłopakowi,który schylony z trudnością łapał powietrze do ust.
-Nie,już jest lepiej.-Mówił zaciskając swój głos w gardle.
-Widzę,że nie jest! Chodź!-Położyłam delikatnie dłoń na jego plecach.
-Powiedziałem,że nie!-Odpowiedział zdenerwowany.-Wrócę do siebie.-Dodał spokojniejszym już głosem.
Nie wiedziałam co w tej chwili powiedzieć,pozwoliłam mu odjechać.
Wróciłam do domu gdzie była prowadzona gorąca dyskusja na temat nieprzyjemnego zajścia na dworze.
-Zjedz coś.-Usłyszałam głos mamy,która razem z całą moją familią i Ginger siedziała przy stole.
-Nie mamo,dziękuję. Pójdę do siebie.-Westchnęłam wchodząc po schodach.
Kiedy zamknęłam drzwi od pokoju spojrzałam na wszystkie moje rzeczy po kolei. Wypuściłam ciężko powietrze z ust i klęknęłam przy łóżku. Wyciągnęłam z pod niego czarną walizkę,którą powoli otworzyłam.
Chcę mieć cię blisko cały czas,martwię się o ciebie.
Otworzyłam szafę i powoli wyciągałam z niej swoje poukładanie ubrania,które lądowały w moim bagażu.
-Cassie?-Usłyszałam jak drzwi mojego pokoju się uchylają. Stałam właśnie z moimi ubraniami na rękach. Spojrzałam prosto w oczy mojej mamy,które zaczęły napełniać się łzami.
-Mamo,muszę.-Wydusiłam z siebie.

不怕


Witam po tygodniowej przerwie. Dla tych,którzy czekali na rozdział: Najmocniej przepraszam,że nie został dodany,ale jakoś nie miałam ochoty/motywacji,żeby wziąć się i wkleić tekst do edytora na stronie.
Aktualnie jestem w trakcie pisania rozdziału 33 i pomysłów mi na razie nie brakuje (mam nadzieję,że nie wykraczę).

Czekam na wasze szczere opinie w komentarzach pod rozdziałem.
Zauważyłam,że kiedy zadaję wam pytania co do rozdziału,to jakoś bardziej się rozpisujecie w komentarzach.
Więc jak myślicie? Czy przeprowadzka Cassie do Justina się odbędzie? I czy Jason jest gotów,by "zabawić się" dziewczyną?




PYTANIA?
Tagi: .
17.05.2015 o godz. 17:07
- A ty co, własnej dziewczyny nie masz? - Jake podszedł do Horana z miną nie wróżącą niczego dobrego.


- To nie jest twoja dziewczyna. - Odpowiedział blondyn, ominął Walton'a i podszedł bliżej mnie. Złapał moją rękę i wtedy zobaczyłam jak Jake uderza go pięścią w twarz. Niall oddał mu dwa razy mocniej, złapał mnie za rękę i zaczął ciągnąć w stronę parkietu. Brunet zatrzymał nas i chciał jeszcze raz uderzyć Horana, jednak coś mu nie wyszło i uderzył mnie w twarz. Poczułam, że z mojej wargi leci krew, dużo krwi. Spojrzałam na Niall'a, który właśnie okładał pięściami Jake'a. Pobiegłam szybko do toalety, bo nie chciałam na to patrzeć. Podeszłam do umywalki i zmyłam krew z ust. Stanęłam przed lustrem i zorientowałam się, że po moich policzkach płyną łzy. Nie wiem czemu nie poczułam tego wcześniej. Chciałam je wytrzeć, ale w tym momencie drzwi się otworzyły i do środka wszedł Horan. Jego krawat i marynarka gdzieś zniknęły, a koszula była lekko odpięta.
- To damska toaleta. - Powiedziałam, mając nadzieję, że sobie pójdzie.
- Już w niejednej takiej byłem. - Mówiąc to, na jego ustach pojawił się głupi uśmiech.
- Co z Jake'iem? - Zapytałam, a chłopak od razu się skrzywił.
- Po tym jak ochroniarze nas rozdzielili, on zaczął się z nimi bić, więc go wyrzucili z budynku, a ja przyszedłem tutaj. - Odpowiedział, a na jego twarzy znów zagościł uśmiech.
- Szkoda, że ten bal musiał się tak skończyć.
- Przecież bal się jeszcze nie skończył.
- Ale ja nie mam ochoty już tu być. - Chciałam jak najszybciej zakończyć tę rozmowę i wrócić do hotelu, bo na prawdę miałam dosyć tego wszystkiego.
- No proszę, zatańcz raz ze mną. - Nie czekając na moją odpowiedź, złapał mnie za rękę i zaciągnął na parkiet. Większość ludzi już wróciła do domu i zostały chyba tylko osoby z mojej szkoły. Gdy już mieliśmy zacząć tańczyć, utwór zmienił się na wolniejszy. Chciałam powiedzieć, że wolałabym usiąść, jednak chłopak już złapał mnie w pasie i przyciągnął do siebie. Położyłam mu głowę na ramieniu, a mój wzrok spoczął na Victorii, która zabijała mnie wzrokiem.
- Twoja dziewczyna chyba mnie nie lubi. - Powiedziałam wprost do ucha Horana i poczułam, że się zaśmiał.
- Aktualnie nie mam dziewczyny.
- A Victoria? - Przez chwilę nie odpowiadał, jakby się nad czymś zastanawiał.
- Chodzi ci o Vicki? Jest moją koleżanką. - Odpowiedział.
- Ale ją tu zaprosiłeś.
- W sumie to tak jakby ona mnie zaprosiła. Ja chciałem iść z kimś innym. - W jego głosie słychać było wyraźne rozczarowanie.
- Z kim? - Byłam ciekawa, jednak w tym momencie piosenka się skończyła, a ja odsunęłam się od Niall'a. Spojrzałam na jego twarz, jego mina była dziwna. Przybliżył się do mnie i miałam wrażenie, że chce mnie pocałować, jednak szybko się odsunął. Nic nie mówiąc poszedł sobie. Zdezorientowana rozejrzałam się po sali. Na jednym z wolnych miejsc zauważyłam Melanie. Podeszłam do niej i usiadłam obok.
- Gdzie Marco? - Zapytałam, a ona w końcu się zorientowała, że tu jestem.
- Tańczy z Vicki. - W jej głosie słyszałam gniew, a jednocześnie rozpacz. - Chcę iść do domu. - Pomogłam jej wstać, ponieważ dziewczyna ledwo trzymała się na nogach. Zdecydowanie za dużo dziś wypiła. Razem opuściłyśmy budynek i ruszyłyśmy w stronę hotelu. Po drodze minęłyśmy sklep spożywczy i nagle Melanie zachciało się wody. Kazałam jej czekać przy wejściu i sama poszłam po napój. Gdy wróciłam, dziewczyna stała i z kimś rozmawiała. Niepewnie podeszłam bliżej i wtedy dostrzegłam, że to Jake.
- Co ty tu robisz? - Zapytałam.
- Rozmawiam. - Po brzmieniu jego głosu i lekkim seplenieniu poznałam, że jest już bardzo mocno napity. Nienawidzę pijanych ludzi, obrzydzają mnie i się ich trochę boję.
- Nie ważne. Melanie, idziemy? - Rzuciłam przyjaciółce pytające spojrzenie, a ona się uśmiechnęła.
- Jake zabiera nas na imprezę. - Powiedziała, a jej uśmiech się rozszerzył.
- Ja nigdzie nie idę. - Odpowiedziałam stanowczo.
- Wszyscy idą. Niall, Marco i Vicki już tam są. Zrób to dla mnie. - Zrobiła swoją niewinną minkę szczeniaczka, a ja nie mogłam się nie zgodzić.
- Okej, ale ja nic nie piję. - Ruszyliśmy w drogę i jak się okazało nie było to wcale tak daleko. Już z pewnej odległości słychać było muzykę. Weszliśmy do budynku i od razu uderzył mnie zapach alkoholu i papierosów. Melanie złapała mnie za rękę i zaczęła ciągnąć w stronę baru. Jake zamówił drinka również dla mnie i zmusił do jego wypicia. Poczułam się tak dziwnie i spodobało mi się to. Nie mam pojęcia co mnie napadło, ale wypiłam jeszcze jednego... i kolejnego... i jeszcze kilka... Ostatnie co pamiętam, to jak tańczyłam z Niall'em do jakiejś szybkiej piosenki.


Następnego dnia.
Powoli otworzyłam oczy i poczułam niewyobrażalny ból głowy. Zmusiłam się, żeby usiąść na łóżku, co przyszło mi z wielkim trudem. Rozejrzałam się dookoła i zorientowałam się, że to nie jest mój pokój. Zobaczyłam, że obok mnie leży jakiś chłopak, który nie miał na sobie koszulki. To Niall. Zamarłam. Po chwili odważyłam się spojrzeć na siebie. Byłam ubrana w białą koszulę, jego koszulę. Moje serce zaczęło bić coraz szybciej. Co się właściwie wczoraj wydarzyło?
- Już wstałaś? - Usłyszałam głos blondyna i szybko odwróciłam głowę w jego stronę, czego od razu pożałowałam, ponieważ ból był jeszcze gorszy.
- Niall... Co się wczoraj stało? - Zapytałam drżącym głosem.
- Nic nie pamiętasz? - Pokiwałam głową na nie. - Wypiliśmy wczoraj sporo i ty chciałaś iść do mnie, a ja nie miałem nic przeciwko. No i tak wylądowaliśmy w łóżku. - Odpowiedział, a ja miałam wrażenie, że moje serce się zatrzymało.
- Nie, to niemożliwe... - Szepnęłam, a on się zaśmiał.
- Możliwe. - Po moich policzkach zaczęły spływać łzy. Niall spojrzał na mnie i jego mina zrzedła. - Spokojnie, nic się nie działo. Przyprowadziłem cię tutaj, bo nie pamiętam, który pokój jest twój. Dałem ci swoją koszulę i pomogłem przebrać. Spokojnie, do niczego nie doszło. - Miałam ochotę go zabić.
- Niall, jak ja cię nienawidzę. - Powiedziałam, a on się zaśmiał.
- Wczoraj mówiłaś co innego.
- Co?
- Że mnie kochasz.
- Niemożliwe.
- Nie wiem. Urwał mi się film po tym jak wyszliśmy z klubu.
- Co? Przecież mówiłeś, że... - Przerwałam widząc ten głupawy uśmiech na jego twarzy. - Jesteś po prostu idiotą. - Powiedziałam wstając i poszłam po moje ciuchy, które leżały obok łóżka, na którym prawdopodobnie spał Marco.
- Gdzie są wszyscy? - Zapytałam się chłopaka.
- Poszli na plaże. Chcesz, to możemy później do nich dołączyć. A i za jakieś 2 godziny wracamy do domu. - Powiedział patrząc na zegarek.
- Wolałabym nie. Głowa mnie boli, chcę się położyć. - Odpowiedziałam, a on się zaśmiał.
- Radziłbym ci najpierw się przebrać. - Powiedział, a na jego ustach zagościł ten kretyński uśmieszek. Przewróciłam oczami i wyszłam z pomieszczenia. Poszłam do swojego pokoju, gdzie nie było nikogo. Poszłam do toalety, wzięłam szybki prysznic i ubrałam się. Usiadłam na łóżku z telefonem w ręku, gdy nagle po pomieszczeniu rozległ się dźwięk pukania do drzwi. Zdziwiona, poszłam otworzyć.
- Niall? - Zapytałam jeszcze bardziej zszokowana. On jednak się tym nie przejął, tylko wszedł do środka i położył się na moim łóżku. - Przecież mówiłeś, że nie pamiętasz gdzie jest mój pokój.
- Kłamałem. - Obojętnie wzruszył ramionami, co mnie jeszcze bardziej wkurzyło.
- To czemu nie odprowadziłeś mnie do mojego pokoju? - Zapytałam dając nacisk na słowo 'mojego'.
- Bo tak.
- Aha. - Powiedziałam sarkastycznie, a on znów wzruszył ramionami. - Co tu robisz? - Zapytałam.
- Nudziło mi się, więc przyszedłem.
- Ale ja chcę iść spać.
- To śpij. - Powiedział, odsuwając się lekko, żebym położyła się obok niego. Ja jednak położyłam się na łóżku Melanie, bo jakoś nie miałam ochoty leżeć obok niego. - Serio? - W jego głosie można było usłyszeć, że jest zirytowany. Leżeliśmy tak przez dłuższą chwilę, nic nie mówiąc. Spojrzałam na zegarek i okazało się, że została niecała godzina do powrotu do domu. Wstałam i zaczęłam powoli się pakować. Niall uważnie mi się przyglądał, co mnie strasznie denerwowało.
- Horan, przestań! - Krzyknęłam, a on się zaśmiał. Podszedł do mnie i stanął blisko, za blisko. Poczułam, że moje serce bije szybciej. Poczułam się dziwnie, jakby obok mnie stał ktoś zupełnie inny, a nie Niall, który przez ostatni rok zawsze mi dokuczał. Miałam wrażenie, że Horan nie jest już tym dawnym Horanem, którego znałam. Z zamyślenia wyrwał mnie dźwięk otwieranych drzwi. Szybko odsunęłam się od blondyna i spojrzałam w tamtą stronę. Stała tam Victoria, a za nią Melanie. Obie bardzo zdziwione. Przyjaciółka weszła i zaczęła się pakować, wcześniej posyłając mi głupawy uśmiech. Vicki rzuciła się Niall'owi na szyję, a ja poczułam ukłucie w sercu. Nie mam pojęcia dlaczego byłam zazdrosna. Chciało mi się płakać, gdy ujrzałam, że on również ją przytula. Pocałowali się, a ja wróciłam do pakowania swoich rzeczy. Czy to w ogóle możliwe, żebym kochała Niall'a? Zawsze go nienawidziłam, a teraz...
Skończyłam się pakować, a Horan z Victorią siedzieli i się obmacywali na łóżku.
- Ja muszę iść, też się spakować. - Powiedział blondyn wstając, lecz dziewczyna nie chciała go puścić.
- Niall. - Zawołałam, gdy chłopak miał już wychodzić. Podałam mu jego koszulę, a on uśmiechnął się do mnie i opuścił pomieszczenie. Wzięłam swoją walizkę i razem z Melanie poszłyśmy do głównego holu, gdzie za jakieś 5 minut mają się wszyscy spotkać.
- Podoba ci się? - Usłyszałam pytanie przyjaciółki i przystanęłam.
- Aż tak to widać? - Odpowiedziałam pytaniem na pytanie.
- Nie, ale zorientowałam się po twojej minie, gdy na nich patrzyłaś. - Powiedziała patrząc na Niall'a i Victorię, którzy stali i rozmawiali z Marco. Rozmowę przerwał nam głos nauczyciela, który oznajmił, że niedługo mamy samolot.


Kilka godzin później.
Samolot przed chwilą wylądował, a ja właśnie wychodzę z lotniska. Melanie rozmawia z Marco, więc zostawiłam ich samych.
- Shanti. - Usłyszałam jak ktoś mnie woła, więc się zatrzymałam. Obok mnie stanął Niall, a na jego ustach gościł dziwny uśmiech. - Nawet się ze mną nie pożegnasz? - Zapytał wskazując palcem swój policzek.
- Pa Niall. - Powiedziałam, odwróciłam się i już zaczęłam iść. Rozejrzałam się po parkingu, w poszukiwaniu mojego ojca, który miał tu po mnie przyjechać. Zatrzymałam się jak wryta, a Niall, który szedł z tyłu, wpadł na mnie. Nie mogłam uwierzyć w to co widzę.



***
Witam!
Przepraszam, że tak długo nie dodawałam
rozdziału, ale miałam za dużo nauki.
Zbliża się koniec roku szkolnego i chcę
poprawić swoje oceny :D
Mam nadzieję, że rozdział nie jest taki
zły. Przepraszam, jeśli wystąpiły jakieś
błędy, ale jestem zmęczona, bo wczoraj
bardzo długo się uczyłam i nie wyspałam
się, więc za bardzo nie chcę mi się
sprawdzać tego rozdziału.
Jeszcze raz przepraszam, że tak późno. <3
Tagi: Love
13.05.2015 o godz. 19:49